Archive for the ‘Hauchiwum’ Category

19
paź

Chcę ogłuchnąć

   Posted by: Nala

Bo wiecie- wszystko zaczęło się od tego, iż mama stwierdziła, że czas już skończyć z przysysaniem się do niej Krewetki. Że Kreweta ma zęby i gryzie i mama ma tego dość. Od tej pory mama ucieka od niej, gdy tylko widzi, że ta miałaby ochotę na przyssanie się. Kreweta z kolei nie wiedzieć czemu, zaczęła spoglądać na mamę jak na dobre jedzonko, które ucieka jej sprzed pyska. Zapewne właśnie dorasta i zaczyna się objawiać jej mordercza natura. Wujek ostatnio mi coś wspominał, że takie stworzenia potrafią być całkiem niebezpieczne- jednym ruchem potrafią sprawić, że wyłysiejesz, Twoje zabawki staną się jej zabawkami, a wszystkie smaczne kąski, za pomocą jakiejś magicznej siły będą lądować w jej paszczęce, zamiast Twojej własnej… Ale nie wspominał nic o zjadaniu ludzi!!! A wracając do głównego wątku- mniej więcej wtedy, gdy mama zaczęła przed nią uciekać- wyłączaniem Krewetki na noc zajął się tata. Wpycha jej w gębę butlę z czymś smakowitym (żeby odwrócić jej uwagę) i pod pozorem kołysania, głaskania i tulenia szuka wyłącznika. I szuka. Iszuka i szuka… Aż w końcu Kreweta zaczyna się denerwować i drzeć japę w rejestrach grożących głuchotą (przeciętnemu psu) oraz zdenerwowaniem (mi). A wtedy tata stara się ją uspokoić na milion pięćset i sto sposobów i zaczyna cały proceder raz jeszcze. I raz jeszcze i raz jeszcze… I jeszcze raz… Aż w końcu Kreweta zasypia, a tata zmęczony, rezygnuje z jej wyłączenia. A szkoda, bo wtedy by się nie budziła w środku nocy i nie trzeba by przerabiać tego wszystkiego od nowa.

A co ze mną? Dlaczego ja się denerwuję, zamiast sobie po prostu ogłuchnąć? No więc ogłuchnięcie okazało się trudniejsze niż przypuszczałam i jakoś nie potrafię tego zrobić. Pozostało się podenerwować. Tak więc denerwuję się. Denerwuję się, bo nie wiem, co się dzieje i jak mogłabym pomóc. Bo widzę, że rodzicom też jest smutno i przykro, gdy ona tak płacze, a wiedzą, że nie mogą jej ustąpić. Staram się więc pocieszać mamę. Gdy Krewetka osiąga apogeum głośności- idę mamę ucałować i daję się miziać. A mama mnie przytula i mówi „spokojnie, nic się nie dzieje. Hani nic nie jest, tylko nie chce sama spać. Niedługo się nauczy i będzie lepiej…” Ja tam się nie znam, ale chyba już powinno być lepiej, a nie jest. Zastanawiam się więc, czy mama tymi słowami chce pocieszyć mnie, czy siebie? Nie wiem- ale i tak wolałabym na razie ogłuchnąć…

4
paź

Choróbska

   Posted by: Nala

W życiu każdego Goldena nadchodzi taki czas, kiedy jego rodzina choruje… I zły to jest czas… Fe czas! Bo miziają mniej niż zwykle, szczekają nie wiadomo na co, nazywając to kaszlem (bo wiedzą, że nie mogą się przyznać do szczekania, skoro mi zabraniają tego przefajnego procederu) i ślinią nosem papierki, które lepiej się rozmnaża, gdy są suche… Ale od początku!

Zaczęło się od mamy. A mama, jak to mama- biegnąca przy najmniejszym kichnięciu Krewetki do lekarza i przy najmniejszym problemie z moim tymgrubszym do weterynarza- w przypadku swojej choroby kategorycznie odmówiła udania się po pomoc… I co? I jak zwykle- koniec żałosny! Męczy się już prawie dwa tygodnie. Teraz jej stan się co prawda poprawia, ale za to zdążyła zarazić dziadka, babcię i Krewetkę. Nad tą ostatnią jeszcze dziś wisiała groźba udania się do szpitala, co też ogromnie mnie przestraszyło! Bo wiecie- jak ostatnim razem mama poszła do szpitala, to wróciła co prawda chudsza (to oczywisty plus, bo spasiona była mocno i to głównie w okolicach pasa, co jak się doczytałam jest niezdrowe na serce. A moja mama ma dla mnie wiele serca i nie chciałabym, by to się zmieniło…), ale za to wróciła z Krewetką!!! A jakby teraz Krewetka spotkała w tym szpitalu rodzinę i przyprowadziła kogoś z jej członków do domu? Chyba nie wytrzymałabym z kolejną istotą wyrywającą mi futro, wyjadającą najlepsze kąski i zabierającą miłość mamy i taty…

W każdym razie groźba szpitala została dziś odegnana. Krewetka zdrowa jeszcze nie jest, ale ponoć wszystko zmierza w dobrym kierunku. Mama też wraca do zdrowia. W sumie, to dobrze wyszła na tym, że nie poszła do lekarza. Bo wiecie- Krewetka została tam zaniesiona i teraz musi wżerać paskudne lekarstwa. Skąd wiem, że są paskudne? Po minie Krewetki i wręcz niemożliwych do opisania wrzaskach, towarzyszących każdej próbie wetknięcia Krewetce w pysk łyżeczki z koniecznymi do jej wyleczenia specyfikami. A mama? Ona do lekarza nie poszła i co? A no nic- zdrowieje sama. Jakie to życie jest niesprawiedliwe!