Archive for Czerwiec, 2012

29
Cze

Z nowej budy

   Posted by: Nala    in Hauchiwum

Jak się zapewne domyślacie- szczekam do Was z nowej budy.
Okres pomiędzybudowy był bardzo chaotyczny, męczący i zaskakujący. Rodzice podrzucali mnie i Krewetkę do dziadków, a sami znikali na całe dnie i często wieczory, nie mówiąc gdzie idą, co będą robić i kiedy wrócą. Czasem nie było ich tak długo, że aż zastanawiałyśmy się czy czasem o nas nie zapomnieli… Na szczęście rodzice okazali się być jak bumerangi. I nie- nie okrągli, tylko zawsze powracający 🙂 Choć z tymi krągłościami to jak na moje oko też niewiele im brakuje.
Potem zaczęli wynosić z domu różne rzeczy i raptem- przenocowaliśmy w nowym miejscu. Było dziwnie, trochę strasznie (słyszałam mnóstwo nieznanych mi dotąd odgłosów) i tak jakoś spartańsko. Największy z pokoi miał już wszystkie mebelki, ale podłoga jakaś goła i nie miałam się na czym położyć- wszak ogólnie wiadomo, że goldeni kuper nie może leżeć byle gdzie, tylko z pieczołowitością musi się ułożyć na dywanie! Pokoik Krewetki straszny- mebelki i zabawki takie jak w starej budzie, ale ze ścian szczerzą na mnie zęby okropne koty i całkiem ładne motyle. Wprawdzie nie wiem czy motyle mają zęby do szczerzenia, ale jakoś tak nieswojo się tam czułam. Ostatni z pokoi, który za radą Astora miałam zasiedzieć, okazał się do tego zupełnie nieprzystosowany, bo poza stertą kartonów z nierozłożonymi jeszcze rzeczami i biurkiem, nie było tam ani skrawka miejsca choćby na mój piękny ogon. O kuprze i reszcie ciała nie wspominając. Podobnie wyglądała wówczas łazienka, kibelek i kuchnia. wszędzie puste okna, przez które wprawdzie mogłam podziwiać nową okolicę, ale też wszyscy mogli przez nie podziwiać mnie- a wiadomo, że nawet najpiękniejszej kobiety (takiej jak ja) z rana nikt oglądać nie powinien… Teraz zaczyna to wszystko nabierać kształtów i zaczynam się tu czuć coraz bardziej jak w domu. Choć właśnie powinno mi to przyjść łatwiej, bo okolica wcale nie jest mi obca.

I tu dobrnęliśmy do mego największego zaskoczenia. W ten dzień, gdy rodzice zabierali nas na pierwsze nocowanie w nowej budzie- pojechaliśmy do dziadków. Wyskakuję dziarsko z Wielkiego Srebrnego Potworzyska, przycupniętego po wesołej podróży na dziadkowym parkingu. Biegnę do babuni i tego, co najpewniej zastanę w misce (bo babunia i dziadziuś dbają o mój brzuszek). Już jestem w połowie drogi, gdy słyszę krzyki rodziców, że nie idziemy do dziadków. Opieram się, ale ostro wołają mnie z powrotem i prowadzą do bloku obok. Opieram się dalej, ale oni konsekwentnie wpychają mnie do jednej z klatek i prowadzą do miejsca, które już Wam opisałam. Tak- to nasza nowa buda, tuż przy dziadkach 🙂

Od przeprowadzki mój brzusio jest bardzo zadowolony. Bo musicie wiedzieć, że nasza zawalona różnymi rzeczami kuchnia przeobraziła się w prawie pustą kuchnię, z kuchenką na środku, do wczoraj nawet nie podłączoną i lodówką w rogu pomieszczenia. W związku z tym kochana babcia przyjmuje nasze stado na obiadkach. A my czekamy aż zamówione przez rodziców mebelki w końcu do nas dotrą i będzie można zacząć normalnie funkcjonować. Choć mi tak niekoniecznie się do tego spieszy– babcia świetnie gotuje! 😉 Rodzice mówią, że jeszcze dużo jest do zrobienia, co również mnie cieszy, bo drugi dziadziuś i babcia przyjeżdżają pomagać. A ja lubię, jak w domu jest dużo bezsierściowców. Ale tak na prawdę, to czekam aż już wszystko będzie zrobione, bo na ten okres rodzice zapowiadają parapetówkę. Wiecie- głaskanko, szamanko, kupa bezsierściowych rąk i nóg i pyszczków– jednym słowem raj!

Mimo początkowej niepewności i obawy, wszystko zaczyna się układać pozytywnie. Przyzwyczajam się do tego miejsca, a nawet chyba jest mi tu lepiej niż w starej budzie. I Krewetka jest radośniejsza i miejsca więcej i rodzice wyglądają na szczęśliwych, choć mocno jeszcze zmęczonych. Wiem, że ten miesiąc był dla nich trudny, bo kilka prac mieli na głowie i remont i przeprowadzka i sprawy papierkowe, których nie lubią. Mało czasu mogli nam poświęcić. Ale wiem, że czeka nas teraz trochę spokojnych dni i wkrótce zaczniemy się już na poważnie cieszyć z tych zmian. I z całego serca, wszystkim pieskom i ich rodzinom życzę, by wszelkie czekające ich w życiu zmiany, były dla nich źródłem radości, nawet jeśli w pierwszym momencie napawają strachem! I mam nadzieję, że moja siostra Wena, odnajdzie się w swojej nowej budzie równie dobrze, jak ja w swojej!

A teraz idę rozłożyć kuper na dywanie, który już zdążył się zmaterializować w dużym pokoju 😉

12
Cze

Zmiany

   Posted by: Nala    in Hauchiwum

Kochani moi!

Zostałam ostatnio powiadomiona przez rodziców, że nasze małe stadko czekają pewne zmiany. Ale zanim o nich napomknę- chciałam się jeszcze odnieść do moich poprzednich wyszczeków, w których to tata nalegał, abym napisała o jego projekcie dotyczącym sportu, w którym rzuca się czymś w coś ( i nie- nie chodzi tu o patyk/zabawkę/przysmak  rzucane w paszczę goldenią, tylko o prawdziwie śmiercionośną broń, rzucaną w coś powieszonego na ścianie). I nie będę tu szczekać o samym projekcie, tylko o sporcie właśnie, podczas którego można trochę ucierpieć.

Szczekałam już, że w tym sporcie rzuca się prawdziwie śmiercionośną bronią. Nie rozumiem jednak, dlaczego to coś (zwane przez rodziców tarczą), do czego się rzuca nie zginęło jeszcze tragiczną śmiercią, tylko nadal wisi na ścianie i przyjmuje kolejne razy, nawet przy tym nie krzycząc, tylko wykonując ciche i przytłumione „poooch”… Ale to w tym momencie nie jest ważne, więc zmierzam do sedna.
Mama, która najwidoczniej zdaje sobie sprawę ze śmiercionośności owej broni- nigdy nie pozwala mi na leżenie w okolicach tarczy, gdy razem z tatą próbują ją zabić. Pewnego wieczoru, pomna przestróg mamy, położyłam się grzecznie na swoim posłaniu, oddalonym o jakieś 1,5 długości standardowego ludzkiego pomieszczenia i po chwili patrzenia na nierówną walkę rodziców z tarczą (ona broni nie ma), spokojnie sobie zasnęłam. Nie wiem ile czasu minęło. Wiem tylko, że gdy otworzyłam me przepiękne oczęta, w moim przepięknym kuprze tkwiło to coś… Nie krzyknęłam, nie zapłakałam. W zasadzie nie zrobiłam nic- tak byłam zdziwiona i zaspana. Potem dowiedziałam się, że lotka (czyli ta kuprośmiercionośna broń) wypadła mamie z rąk, a ta zamiast ją złapać (no bo od czego niby ma chwytne kciuki), jakoś niezdarnie ją podbiła. A trajektorię jej lotu już chyba znacie…

Podsumowując- jak bardzo tata nie zachwalałby owego sportu- zanim zaczniecie: ZABEZPIECZCIE KUPRY SWOICH PIESKÓW!!! I na siebie też uważajcie, szczególnie jeśli niezbyt prosto już stoicie 😉

A teraz trochę o zmianach. Tata zabrał się do upiększania naszego mieszkanka. Jak na razie efekty raczej nie porażają, ale i tak cieszyłam się, że będzie nam się milej spędzać czas w domku. Bo przecież wiadomo, że w ładnych pomieszczeniach ma się lepszy nastrój. Nie przeszkadzało mi nawet, że w tej chwili to wszystko wygląda jak po dzikoharcującym się stadzie zdziczałych goldenów, bo przecież czekam na efekt końcowy… A tu lipa! Dowiedziałam się, że tata nie szykuje tego dla nas, tylko dla bezsierściowców, którzy będą tu mieszkać po nas. Bo my przeprowadzamy się do nowej budy. Kurcze- ta mi się podobała, miałam tu fajnych kolegów i bardzo goldenkosprzyjające pozadomie. A tam? Szarik jeden wie, czego mogę się spodziewać. Jedno, czego zdążyłam się dowiedzieć to to, że nadal nie będę miała własnego pokoju, mimo iż Krewetka takowy otrzyma, a jeden to pozostanie nawet całkowicie wolny i rodzice nie do końca jeszcze wiedzą co z nim zrobić… Mimo wszystko postanowiłam przyjąć to „na klatę” i zacząć żegnać się ze znajomymi. Okazało się jednak, że rodzice nawet tego nie przewidzieli, bo do końca tego miesiąca planują już być w nowej budzie. Zapowiada się więc, że dużo stracę, nie wiadomo co zyskam i najpewniej w ferworze przenoszeniowej walki naszczekam coś do Was już z nowego miejsca…

Życzcie mi zatem, by wszystko przebiegło sprawnie i żebym już niedługo mogła zdać Wam relację z nowej budy!

Strona 1 z 11