Golden Retriever i brak głębi

Zostałam rozmnożona. Rodzice chwycili nasz (on jest mój, ale oni tego nie wiedzą… jeszcze) komputer i siedzieli, siedzieli, leżeli, stali, siedzieli i siedzieli. Po tym krótkim (prawie jednodniowym) okresie czasu wyszli, wrócili, potem wyszli i wrócili i przynieśli… kartki! A na kartkach… Golden Retriever! (to ja, jakbyście nie wiedzieli).

Były tam też inne mało znaczące zdjęcia, takie jak zdjęcia moich rodziców, wujków i innych takich, ale moich było więcej. Moich było tyle, ile mam łapek, a reszty tyle, ile podłoga była w stanie pomieścić po rozsypaniu. Ale podłoga jak wiadomo nie ma łapek, więc mnie było więcej- prosta matematyka. Tata mówi, że jest to kobieca matematyka (takie pojęcie). Nie wiem o co mu chodzi, bo moja mama zawsze dobrze wie, ile ma pieniążków, bo w sklepie potrafi wydać wszystkie do ostatniego. Więc chyba wie, ile ich ma, nie? Tata mówi, że to jest z kolei kobieca LOGIKA.

Golden Retriever na trawie z piłką

Wracamy do zdjęć- moje były także większe niż inne i były też za szybką i są piękne.

Mama rzekła, że powieszą mnie z tatą na ścianie. O kurzy niemyty dziób! Wolę jednak mieć podłogę pod butami- tam są wszystkie zabawki. No i aby mnie powiesić, musieliby mnie jakoś przyczepić. Jestem uczulona na liny, a nie lubię, jak przekłuwa mi się ciało (poza tym nie chce mi się iść do weterynarza na taki zastrzyk). No i sumarum summa… rumsu… no i ogólnie szczekając- nie spodobał mi się ten pomysł.

Oczywiście okazało się, że rodzice nie chceili mi zrobić krzywdy, tylko mojemu zdjęciu (co także jest niewybaczalne). Zawisnę nad łóżkiem. Nie mam teraz i tutaj cyfrowej kopii zdjęcia moich zdjęć, więc się nie pochwalę, jak będę wyglądać. Myślę jednak, że temu wszystkiemu- zdjęciom, wieszaniu, portretom w ramkach… brakuje głębi!

28
lip

Ostatni kurs

Ostatni kurs

Zostałam dzisiaj obudzona wczesnym rankiem i polecono mi pokazać zabawki, które chcę ze sobą zabrać. Zdziwiłam się bardzo, że znowu się gdzieś przeprowadzamy, bo dopiero co udało mi się przyzwyczaić do mieszkania z babcią. Okazało się jednak, że jedziemy tylko na parę dni, ostatni raz do naszego szczecińskiego domku, żeby go posprzątać, zabrać resztę rzeczy i oddać klucze. Ucieszyłam się ogromnie, bo poprzednim razem jak stamtąd wyjeżdżaliśmy nie zdążyłam pożegnać się z niektórymi bezsierściowcami mieszkającymi obok i systematycznie głaszczącymi mnie, gdy wychodziłam na toaletę. Teraz będę mogła to zrobić. A potem będziemy wyjeżdżać już tylko na wakacje, co znacznie ograniczy podróże czerwonym potworem, który od dłuższego już czasu jest ciemny. Bo pamiętacie pewnie, że bardzo często kursowaliśmy pomiędzy naszym domkiem, a domkiem babć i dziadków, co teraz nie będzie konieczne, bo będą oni zawsze blisko. Czerwony, ociemniały potwór nie będzie się już musiał tak trudzić, nosząc rodziców i mnie taki kawał drogi tak często. Ja będę mogła odchudzać się wtedy, kiedy chcę, a nie kiedy czeka nas podróż i gdzieś po drodze czyha na mnie zła pani, nazywająca się „choroba lokomocyjna”, na widok której chcę natychmiast oddać to, co udało mi się zjeść mimo zakazów mamy. I nie będę musiała ciągle wybierać które zabawki mogą jechać ze mną, a które muszą pozostać samotne i opuszczone w domku. Wiadomo przecież, że i Golden Retriever i jego zabawki są najszczęśliwsi wtedy, gdy są wszyscy razem. A najlepiej, jak dołączają do nich kolejne zabawki. Rodzice niestety o tym nie wiedzą i zawsze pozwalają mi zabrać tylko cztery z nich. A ja nie potrafię zdecydować, które mam zasmucić i zostawić w domku, bo wiem, że będzie im przykro. Mam nadzieję, że ostatni raz staję przed tak trudnym wyborem. Idę więc do moich biednych zabawek, bo niedługo wyruszamy. Odezwę się po powrocie. A na poprawę mojego i waszego humoru- takie oto zdjątko:

Golden Retriever dziwna mina



L