16
lis

Wybrakowani?

Od moich ostatnich wyszczeków minęły zaledwie dwa tygodnie, a mój świat znów wywrócił się do góry łapami i ogonem. W sumie, to ja nadal jestem szczęśliwa, tylko ludzka część mojego stada chyba trochę mniej…

Pamiętacie, jak pisałam, że mama zgubiła swój stukliwy bucik? No więc bucik się odnalazł, tylko nie wiedzieć czemu- na nodze taty! Książę chyba się trochę pomylił, albo znudziło mu się czatowanie na mamę i dopadł tatę, gdy ten był bez obstawy. A zaczęło się całkiem niewinnie. Tata wybrał się wczoraj na swoją cotygodniową dawkę odpoczynku od nas, zupełnie normalnie (wiem, że biega wtedy za piłką i zupełnie nie rozumiem, czemu nie woli rzucać piłki mi), a wrócił nienormalnie późno, mając już na nodze odnaleziony bucik mamy. Nie wyglądał za zbyt uszczęśliwionego odnalezieniem zguby. Brakowało mu tylko tych dwóch dodatkowych, sztucznych odnóży, które razem ze stukliwym bucikiem dostała mama. Dziś jednak odnalazły się i odnóża, w dodatku większe. I znów się ich trochę przestraszyłam. Ale potem przypomniałam sobie, że ostatnio nie zrobiły mi nic strasznego, więc postanowiłam przestać się bać. I przestałam! Tak więc ja się już nie boję, a tata sobie dzielnie stuka trzema odnóżami i nie wydaje dźwięku swoją bezbutową odnogą.

Ja na razie się cieszę, bo Krewetka nadal poświęca mi mnóstwo uwagi, czasem aż za mnóstwo 😉 Do tego mama zabiera mnie ze sobą zawsze, gdy opuszcza dom. Wczoraj wieczorem wyszłam na spacer właśnie z nią, co mnie cieszyło, bo od pojawienia się Krewetki najczęściej wychodziłam z tatą, który sporo mi na pozadomiu zabrania. Dziś rano zostałyśmy z Krewetką wywiezione do babci, bo mama musiała jechać do weterynarza, a po obiadku wzięła mnie ze sobą na spacer, bo musiała jakieś paczuszki powysyłać (zawsze robił to tata, a ja zostawałam w domu).

A mama jechała do weterynarza, bo znów kuśtyka. Problem jest taki, że ponoć nic sobie nie zrobiła, więc nie wiadomo skąd to kuśtykanie. I teraz lata po weterynarzach, by znaleźć problem. To właśnie ostatecznie skłoniło mnie ku rozmyślaniom, czy  moi bezsierściowcy są jacyś wybrakowani?

Ja też często bywałam u pani doktor, gdy byłam mała (i Krewetka tak samo). Ale jak już dorosłam- bywam tam jedynie na szczepienia. Fakt- trzeba uważać na moje kopnięte stawy, ale uważamy (bardziej rodzice niż ja) i nic złego się nie dzieje. A reszta mojej rodziny? Jak nie szczekają, to kichają. Jak nie kichają, to kuśtykają. Jak nie kuśtykają, to są zmęczeni. Jak nie są zmęczeni, to nie mają na nic ochoty… Czy oni są jacyś wybrakowani? Czy w innych stadach też tak jest, czy tylko moje ma jakiegoś paskudnego pecha? Czy przetrwamy to jakoś? Bo przecież teoria rewolucji, czy jakoś tak, mówi jasno: przetrwają tylko najsilniejsze osobniki… Czy powinnam znaleźć sobie nowe, niewybrakowane stado?

Nie! Chyba za bardzo ich kocham… Ciekawe tylko co będzie, jeśli mama też dorobi się znów stukliwego bucika? Czas pokaże… Na razie nadal jestem szczęśliwym goldenkiem!…

Od moich ostatnich wyszczeków raczej nie było mi zbyt wesoło… Krewetka najpewniej zaraziła się od reszty rodzinki i też zaczęła paskudnie pocharkiwać. Początkowo myślałam, że ta mała istotka próbuje się nauczyć mojego języka. Wkrótce jednak zaczęła wyglądać jak golden po kilku kąpielach błotnych i braku wody pitnej, więc rodzice zabrali ją do weterynarza. Potem okazało się, że jest uczulona na któreś z podawanych lekarstw i było jeszcze gorzej. Wynikiem tego wszystkiego był brak jej zabaw ze mną, zmniejszenie ilości czasu poświęcanego mi przez rodziców (bo cały okupowała Krewetka) i oczywiście brak dłuższych, od tych nasiusiowych, spacerków. Utknęliśmy w domu i tylko tata wychodził do pracy i czasem na polowania, z których wracał bez smaczków dla mnie, bo jakoś tak nie w głowie mu teraz one były… Ale nic to- przetrwaliśmy, a teraz to wszystko jest mi wynagradzane!

Mały potwór wyzdrowiał, a po chorobie ma tyle niespożytej energii, że bryka niczym małe goldeniątko- wszędzie pełno jej dzikiego kupra, szaleńczych okrzyków i przedziwnych pomysłów. Z niespotykaną dotąd zawziętością poluje na mój niczego niespodziewający się ogon, kradnie mi zabawki, atakuje balonami i ma z tego dziką satysfakcję. Ja z resztą też. Tylko rodzice próbują ją stopować i pełni obaw oczekują momentu kiedy przestanie mi się to wszystko podobać. Ale spokojnie- jeszcze mi do tego daleko. Choć niespecjalnie podoba mi się to ogonopociąganie– jestem w stanie jej wybaczyć. Bo dostaję od niej tyle uwagi i czułości (tak, tak- buziaczki w czółko i drapanie za uszami są na porządku dziennym), że mogę się poświęcić w sprawach niezbyt komfortowych. A tych, w porównaniu do otrzymywanych czułości, jest stosunkowo mało.

Do tego spotyka mnie szereg niespodzianek. Przykładowo- wczoraj zostałam zabrana na wspaniałe przyjęcie. Chrześnica mamy (cokolwiek to znaczy) miała urodziny i cała nasza rodzinka popędziła złożyć jej życzenia. To były wspaniałe chwile! Małe i większe bezsierściowce głaskały mnie czule, rzucały piłeczki i inne zabawki i dokarmiały prawdziwymi przysmakami. W kuchni zawsze czekała na mnie miska wody i chwila wytchnienia od nich, ale nie korzystałam z tych wątpliwych dóbr zbyt często. Wolałam przebywać z nimi. Czułam się kochana i wyjątkowa!

Z kolei dziś znów wspaniała niespodzianka. Rodzice zabrali mnie bez słowa uprzedzenia do babci, a tam (o Szariku!) moja kochana kuzynka Luna! Wprawdzie przy naszym powitaniu nie zauważyłyśmy zbliżającej się Krewetki i tak trochę sprowadziłyśmy ją do naszego, czteroodnóżowego poziomu. Na szczęście Krewetka wiedziała, że najlepiej zakryć pysk i czekać na rodzicową odsiecz, więc przemknęłyśmy dalej nie robiąc jej krzywdy, a rodzice jakoś ją potem pozbierali i doprowadzili do porządku. Hanka nie miała do nas o to żalu (rozumie chyba, że powitania mogą być bardzo dzikie, sama często dziko wita wracającego z pracy tatę) i już wkrótce przystąpiła do wspólnych zabaw. O Lunę nie jestem zazdrosna, więc nie przeszkadzało mi, że mój mały bezsierściowiec mizia innego pieska. Trochę tylko było mi szkoda, że przez przebywanie Hanki pośród nas nie mogłyśmy się normalnie popodgryzać. Ale i tak świetnie się wybawiłyśmy.

Jutro będziemy znów u babci i dziadka i cioć i wujków i Luny. I zapewne też będzie wspaniale. Może nawet z okazji święta rodzice pozwolą mi z Luną hasać i robić zapasy? Już dawno mnie nic nie bolało, więc jest szansa… Czekam na to z niecierpliwością, a Was pozdrawiam i życzę żywotu szczęśliwego goldena. Takiego, jak mój ostatnio!

 

L