Niespodziejki
Niespodziejki
Minione dni upłynęły mi wśród niespodziejek. Do tych miłych zalicza się niewątpliwie fakt, że niebo siusia coraz mniej, dzięki czemu znów chodzimy, bądź jeździmy na spacery. Osobiście- wolę chodzić, choć przyznam, że po dzikich harcach z innymi pieskami bardzo przyjemnie wsadza się kuper do czerwonego potwora, który od jakiegoś czasu jest granatowy (czytającym to tatusiom wyjaśnię, że granatowy to bardzo ciemny niebieski) i pozwolić nieść się do domku. Mama z kolei woli wsadzać swój kuper do potwora już na samym początku, bo twierdzi, że teraz szybko się męczy. Jak na moje to ona zawsze szybko się męczy, za co odpowiedzialny jest znany i mi i Wam Leń, jednak nie zamierzam przedstawiać jej moich przemyśleń.
Kolejną miłą niespodziejką było to, że odwiedziła nas ostatnio ciocia Łucja. Lubię gości, bo to zawsze kolejne łapki do głaskania i mimo iż ciocia twierdzi, że piesków nie lubi- parę głasków mi się dostało. Niestety z jej pobytem wiąże się niemiła niespodziejka, bo zamiast siedzieć i mnie głaskać- ona ciągle zabierała mi gdzieś rodziców, a ja biedna musiałam zostawać w domu sama. Ale, jak mówią- nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W ramach zadośćuczynienia pojechaliśmy wszyscy razem na długi spacerek, a tam- kolejna niespodziejka. Spotkałam psa. Ale nie byle jakiego psa. Był to najogromniejsiejszy pies, jakiego w życiu widziałam. A jak zapewne wiecie- widziałam już wiele. Ten pies był tak ogromny, że jego pani nie musiała się schylać, żeby zapiąć mu smycz, za to on pewnie musiał się schylać, żeby głową nie zahaczyć o chmurki. Był tak ogromny, że pewnie potrafiłby obsikać wiewiórkę na drzewie bez poskakiwania. Był wręcz tak wielki, że pewnie nie dosięgał do miski ustawionej na podłodze, a moja karma na miesiąc co najwyżej utknęłaby mu pomiędzy zębami. Kolos! Titanic wśród psów. Zrobione przez rodziców zdjęcia nie oddają w pełni jego ogromu, ale wiecie jak to jest: jak chcesz, żeby coś było dobrze zrobione-zrób to sam. A problem w tym, że oni nawet nie dają mi się zbliżyć do aparatu, a co dopiero wziąć go w paszczę i pościskać…
Dzień później kolejna atrakcja- poznałam dużo koniów, choć chwilę wcześniej zupełnie nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. Wielkie to to było- prawie jak wspomniany pies. Ale miało jedną bardzo dużą zaletę. Rozdawało zupełnie za darmo przewspaniałe perfumy. Tak cudnej nuty przewodniej mój nosek jeszcze nie wąchał, a ciałko nie nosiło. Ochoczo więc zaczęłam je w siebie wcierać, czując się coraz bardziej powabnie i kusząco. Widziałam, że pieskom podobam się jeszcze bardziej i mam szansę na poderwanie przystojnego i odpowiedzialnego kawalera. Był nawet taki jeden, spodobał się również mamie. A że akurat go głaskała- podeszłam do nich uzbrojona w zabójczą broń– przepiękny zapach. Kawalerowi zaszkliły się oczka, zaczął przejawiać zainteresowanie, więc czaruję go dalej machając ogonkiem i kuperkiem, staram się… A tu nagle- łapie mnie tacina ręka, przypina smycz i mówi „do domu, mały smrodzie, czeka Cię długa kąpiel”… I co? Kawaler zwiał, mi mina zrzedła, perfuma po kąpieli przepadła, mi nie zostało nic… No, może rodzice mi zostali… I posłanie. I jedzonko. I zabawki i przysmaczki. I domek. I babcie z dziadkami, ciotkami, wujkami i kuzynkami. No i parę innych rzeczy. I jak tu być szczęśliwym?