Archive for marzec, 2009

18
mar

Pierwsze urodzinki goldenka

   Posted by: admin    in Hauchiwum

Pierwsze urodzinki goldenka

Jak ostatnio się Wam chwaliłam- dziś mój wielki, świąteczny dnień! Niestety wcale nie zaczął się on świątecznie, a wręcz można by rzec, że czułam się poświątecznie… Ale zacznijmy od początku.

Obudziłam się rano razem z tatusiem (co raczej rzadko mi się zdarza) i poczułam, że coś jest nie tak. Moje ciałko tak chciało świętować, że moje wnętrzności tańczyły i hasały jak przy muzyce, którą tatuś ostatnio puszcza. A ja wcale hasać z nimi nie chciałam. Tym bardziej, że owo hasanie odbywało się zupełnie bez  mojej kontroli i było coraz bardziej denerwujące. Wkrótce mój brzuszek też się zdenerwował na rozbawione do granic przyzwoitości wewnętrze, zaczął na nie krzyczeć (ale nie wiem co mu powiedział, bo zrozumiałam tylko: „bul, bul”), aż w końcu rozbolała go głowa. Ja to poczułam jako ogólny ból brzuszka, ale on miał ode mnie gorzej. W końcu wszyscy wiemy, że ból głowy jest o wiele gorszy niż ból brzuszka… Postanowiłam mu pomóc i pozbyć się jakoś tego hasającego wewnętrza. Obudziłam więc mamę głośnym skomleniem i z pomocą taty (jak mama śpi, to czasem samo skomlenie nie wystarcza) i powiedziałam, że muszę na dwór, bo inaczej pozbędę się mego wewnętrza tu i teraz! Zrozumiała, bo dwie minutki później byłyśmy poza domkiem, a po kolejnej minucie me wnętrze było poza mną. A było tego dużo… Pomogło trochę, aczkolwiek brzusio pozostał umuzykalniony. Na to wszystko mama rzekła: „a myślałam, że ten serek Ci nie zaszkodzi” i wręczyła tabletkę, którą dostaję zawsze, gdy muszę na dwór o wiele częściej niż zwykle. Z radością ją połknęłam i poszłyśmy spać dalej z nadzieją na lepszy drugi poranek.

Drugi poranek rzeczywiście był lepszy i nawet słonko świeciło wysoko, wysoko wśród chmurek. Chciałam iść na długi spacer, ale mama zabrała się za szykowanie czegoś pysznego i nawet nie dała mi popróbować składników, jak to zwykle czyniła. Wydede…deduku..ko…..pomyślałam, że to nie dla taty, bo wówczas dostaję różne pyszności. A skoro to nie dla taty to (jakże by inaczej) dla mnie! Chciałam się więc doprosić o kawałek, ale mama była niewzruszona i powiedziała, że dostanę wszystko w swoim czasie. Jak tata wróci z pracy. Więc czekałam na jego powrót jeszcze niecierpliwiej niż zazwyczaj. I kości blade, jak na złość dziś jego niebycie w domu strasznie się przedłużyło. Ale nic to- byłam cierpliwa na tyle, na ile pozwala ma goldenkowość (czyli nie bardzo, ale to nie moja wina).

Golden Retriever ubrudzony pysk

Kiedy wreszcie byliśmy już w komplecie, mama powiedziała, że możemy zacząć świętować i wyszła do kuchni. Po chwili wróciła niosąc coś w łapkach. Była to podstawka, z dużą ilością pysznie pachnącego, płonącego jedzonka. Na początku przestraszyły mnie te płomienie, ale potem usłyszałam, że jest to „tort” i tak ma być i nie ma się czego bać. Więc nie bałam się dłużej tylko podeszłam, żeby go wszamać. Kiedy już byłam przy końcu szamana, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego to się nazywa „tort”, a nie np. „płonący stosik żarełka„, albo jeszcze inaczej, tak żeby nazwa kojarzyła się z potrawą. Wówczas wpadłam na pomysł, że nazwa nie jest od płomieni dlatego, że przed jedzeniem się je gasi. Zatem szukałam dalej. Pomyślałam, że skoro jest taka krótka, to z pewnością jest to jakiś skrót. Tylko od czego? Pewnie od skutków, jakie wywołuje ta potrawa. Wtedy wszystko stało się jasne: TORT- Tak Oto Rośnie Tyłek„. O kurcze- mój nie może urosnąć! W związku z tym nie mogłam zjeść go do końca, żeby nie zadziałał na mój piękny kuper. Zostawiłam więc na dywanie parę ziarenek… Uff, a mogło dojść do tragedii

Kiedy  tort zniknął, tata otworzył szafkę i wyciągnął z niej przepiękną, kolorową, gadająca… no właśnie- co wyciągnął? Na pewno jest to miłe w dotyku nieruchliwe zwierzątko, na pewno dla mnie, na pewno do zabawy, ale co to jest? Hmmm… Nie widziałam jeszcze takiego czegoś. Będę musiała się dowiedzieć, a tymczasem nazwijmy je jakoś. Ze zwierząt znam pieski, ludzi, kotki i gołąbki i jeszcze takie coś co kiedyś u doktora spotkałam, ale nie pamiętam jak to się nazywało. I nie ważne, bo moja zabawka nie jest do tego czegoś podobna. Z resztą do ludziów, piesków i kotków też nie. Pozostają gołąbki, które jednak są mniej kolorowe i mają mniejsze i prostsze twardonosy. Z braku innych możliwości nazwę więc me zwierzątko „kolorowo-wielko-krzywo-twardonosem gołębim” Podoba Wam się? Mi się podoba, ale chętnie dowiem się jak to zwierzątko nazywa się naprawdę, bo tą nazwę chyba będzie mi ciężko zapamiętać… Swoją drogą- rodzice okazali się niemałym sprytem, po ponoć przynieśli tą zabawkę do domu już dawno, dawno temu, a ja nic nie zauważyłam. Kochani rodzice- wiedzą, że lubię niespodziejki!

Właśnie się dowiedziałam o kolejnej z nich (niespodziejce)- specjalnym goldenkowo-urodzinowym spacerku. Kończę więc dzisiejszy, przydługi opis i idę machać kuperkiem na dwór! Już niedługo zamieszczę zdjęcia z mojej imprezki urodzinowej (jak tylko tata odda aparat). Zobaczycie tort i kolorowo-wielko-krzywo-twardonosa gołębiego. Może pomożecie mi znaleźć inną nazwę dla niego?

Pozdrawiam serdecznie!

13
mar

Goldenkowe zabawy

   Posted by: admin    in Hauchiwum

Goldenkowe zabawy

Kochani moi!

Jestem bardzo, ogromnie, całkowicie padnięta. Moja mama uznała, że dysplazja dysplazją, ale mięśnie mej pupci (jak powiedziała:”zwłaszcza z uwagi na tą nieszczęsną chorobę”) ćwiczyć trzeba, a same spacery wystarczającym ćwiczeniem nie są. W związku z powyższym, oraz tym, że chyba idzie wiosna (jest cieplej, milej, słoneczko przebija się przez chmurki, ptaki drą ryja) chodzimy na długaśne spacery zakończone beztroskim hasaniem po parku. Mogę biegać ile chcę, gdzie chcę, jak chcę. Szkoda tylko, że nie rzucają mi piłek i kijków, bo to była taka wspaniała zabawa… Ale ponieważ to zbytnio obciążało moje stawy, musiałam wymyślić inne, lżejsze zabawy. I tak na przykład bawię się z psami w „łap patyk„. Polega to na tym, że wkładam kijka do pysia i uciekam, a psiaki mnie gonią, próbując odebrać mi moją zdobycz. Czasem zamieniamy się rolami, ale to tylko wtedy, gdy zapatrzę się na jakiegoś przystojniaka i kijek przypadkiem wyleci mi z paszczęki.

golden retriever z patykiem

W ten właśnie sposób poznałam nową koleżankę. Jest bardzo radosna, lubi się ze mną bawić, a ja lubię bawić się z nią. Luna, bo tak ma na imię, jest Labradorką. Zupełnie jak Luna cioci Asi. I tak samo jak Luna cioci Asi i jak ja uwielbia patyczki. W ogóle zachowuje się  bardzo podobnie do mojej kuzynki, więc żeby chociaż trochę mniej mi się myliły, zaproponowałam, że będę wołać na nią „Luśka”. Luśka rzekła na to radosne „hau”, więc już nie będzie problemu. Jej podobność do Luny przypomniała mi to szaleńcze podgryzanie i szarpanie za uszy, ale z nią nie próbowałam tego robić. W końcu Luśka to starsza ode mnie kobietka, więc tak po prostu nie wypadało. Za to w „łap patyk” bawiłyśmy się do woli.

Kiedy już znudziła nam się ta zabawa, zaproponowałam grę w „gdzie jest patyk?”. Znacie tą zabawę? Jest bardzo prosta. Najpierw trzeba wykopać głęboki dół, a wydobyty piasek użyć do stworzenia barw maskujących na własnym futerku i ubraniu rodzica (górna część rodzica nie jest aż tak potrzebna jak dolna, więc wystarczy odbić na niej parę błotnych łapek). Gdy wszystko jest gotowe robimy tak: wrzucamy kija do powstałej dziury, ustawiamy rodzica tak, by tą dziurę zasłaniał, a sami kładziemy się za jego nogami, w dziurze, na kiju. Wtedy wołamy:”gdzie jest patyk?” i zabawa się zaczyna. Nie wiem tylko, czemu tak szybko go znajdują, bo przecież:

  1. Nie widać rodzica, bo ma na sobie barwy maskujące. Ja jestem przecież schowana za jego nogami, więc mnie też nie widać.
  2. Jeśli rodzic jest widzialny, to mnie i tak nie widać, bo też mam to błotko na sobie i zlewam się z podłożem.
  3. Nawet jak ja jestem jednak widoczna, to i tak nie widać dziury, w której leżę.
  4. Jeśli nawet widać mnie i widać dziurę, w której leżę, to i tak nie widać patyka, który jest pod moją… pode mną!

A pieski od razu widzą… Przecież to niemożliwe, jeśli grają uczciwie! Skoro jednak jest to możliwe, to znaczy, że oszukują. Muszę spytać tatę gdzie mam to zgłosić, bo pamiętam jak ostatnio mówił, że w jego grze oszuści dostają banana i już nie oszukują, bo nie mogą dalej grać. Tylko czy mi się to opłaci? Ja będę uczciwa i zgłoszę oszustwo, a to oszukaniec dostanie nagrodę. I w dodatku nie będę miała co robić, bo on nie będzie mógł dalej grać, dopóki tej nagrody nie zje… Bez sensu trochę. Chyba jednak będę udawać, że nie wiem o oszustwie (tak jak w przypadku ostatnich świąt, gdy rodzice ściemniali, że to wcale nie są święta…) i będę się bawić dalej.

golden kopie dół

A skoro jesteśmy przy świętach, to pochwalę się Wam, że już niedługo moje święto. Tata powiedział, że dostanę z tej okazji coś specjalnego. Już nie mogę się doczekać. Co to jest? Dowiemy się wszyscy w środę. A tymczasem zapraszam do galerii, bo udało mi się namówić mamę, żeby wzięła na spacerek aparat!

Strona 2 z 41234