Archive for the ‘Hauchiwum’ Category

21
gru

Rzecz o uczeniu się

   Posted by: admin

Rzecz o uczeniu się

Jak pewnie dobrze wiecie- pieski uczą się całe życie. Zależnie od tego, co preferuje bezsierściowiec, który jest w posiadaniu pieska, może to być nauka sztuczek, posłuszeństwa, rozumienia, a nawet i mówienia. Niektórzy bezsierściowcy uczą też swoje pieski prowadzenia strony internetowej.

Ja natomiast wolę poznawać wszystko sama. Bardzo chciałabym się uczyć na cudzych błędach, ale raczej mi się to nie udaje. Skąd wiem, że sama uczę się najlepiej? Opowiem Wam o dwóch sytuacjach, jakie ostatnio miały miejsce.

Jak Golden Retriever schodzi po schodach.

Odkąd przeprowadziliśmy się do nowego więzienia, mieszkamy wysoko, jak na wieży. Wprawdzie smoka nie ma, a królewicz się nie pojawia, ale nadziei nie tracę. Jak tylko drzwi się otwierały, abym wyskoczyła na dwór, leciałam na zgubienie sierści pędem w dół, waląc ogonem po drzwiach sąsiadów i hamując gwałtownie pod drzwiami wejściowo-wyjściowymi (taki kabaret). Teraz jednak rodzice stwierdzili, że dość tej swawowolki i uczą mnie sztuczki. Wychodzimy z domu i nie mogę zejść po schodach, póki drzwi się nie zamkną kluczykiem. Potem muszę zejść i na następne schodki nie mogę wejść póki rodzice mi nie pozwolą. I tak poruszamy się ślimaczym tempem, przystając po drodze co chwila. Pod ostatecznymi drzwiami wiem już, że jak się otworzą, to jestem wolna, ale do tego czasu jestem pod władaniem rodziców. Bynajmniej. W rzeczywistości jest tak, że po 2 tygodniach ćwiczeń, raz mi się uda, raz nie, czasem mnie poniesie i muszę całe schody pokonywać 4 razy. Ja zbiegnę na dół, a rodzice wołają mnie na górę. Pojawię się w zasięgu wzroku i znów lecę na dół i wołają mnie z powrotem. Także nauka idzie wolno i topornie- rodzice chyba nigdy nie nauczą się, jak goldenkowo zejść po schodach. Ale trzeba też przyznać, że mama wyglądałaby prześmiesznie, gdyby leciała na dół jak ja. Ręka, noga i wszystko inne latałoby między obręczami, jak mama zaczęłaby się staczać ze schodów.

Jak Golden Retriever dowiedział się skąd jest prąd.

Druga sytuacja jest tą, która dowodzi, że samodzielna nauka idzie mi o wiele, wiele lepiej. Najpewniej wiecie, że do działania wielu urządzeń potrzeby jest prąd! A dokładniej to nawet nie tyle prąd co ta dziura w ścianie, do której wpycha się palce, język, a Ci mniej zorientowani wtykają tam wtyczki. Zastanawiałam się długo i solidnie nad tym, jak to działa.

No więc- dawno, dawno temu był sobie Golden Retriever a nie było sobie prądu. Golden Retriever nazywał się AKT, a prąd się nie nazywał, bo go nie było. Brykał on (AKT) po całym domu z wielkim entuzjazyzmem i w pewnym momencie… RYP! i walnął w ścianę. W miejscu tym odbił się jego nosek i kawałek ryjka. Powstały dwie dziurki od noska, a cała energia, z jaką wbiegł w ścianę AKT, skumulowała się w tym odbiciu.

Po dotknięciu tego tworu okazało się, że w tym miejscu powstało właśnie złoże prądu. Bezsierściowcy wymyślili więc szybko urządzenia, które nie są im do niczego potrzebne, ale fajnie korzystają z nowego wynalazku i nadali nazwę. Jako, że wszystko działo się w kącie pokoju, a do powstania odbicia przyczynił się AKT, to po złączeniu powstałą nazwa: kontakt.

Teoria spiskowa- aby było groźnie.

Szkoda mi tylko tych piesków które teraz tak się męczą. No bo owszem- kontakty w domach mamy, ale czy u Ciebie także Golden pierdyknął w ścianę? Domyślam się, że nie. Otóż ludzie, aby zarobić na czymś, na czym zarobić się da, wymyślili sposób przesyłania naszej, pieskowej, energii. Dlatego teraz w elektrowniach całe stada biednych piesków są zamykane w pomieszczeniach i uderzają głowami w ścianę, aby wytworzyć prąd i dla Ciebie!

Dlatego też- oszczędzaj energię! Idź na dwór ze swoim goldenkiem i nie zapomnij zgasić światła!

18
gru

Delikatni rodzice

   Posted by: admin

Delikatni rodzice

Mam nadzieję, że zdążyliście już popodziwiać mnie na nowych zdjątkach, bo tak wierciłam tatusiowi dziurę w brzuszku o ich umieszczenie, że gdyby dowiedział się teraz, że nikt ich nawet nie przejrzał, to byłby na mnie zły. A zapewniam, że miałby się o co złościć, bo przy ostatnim wierceniu trochę mi się łapka omsknęła i tatuś oberwał trochę niżej niż w brzuszek. Skulił się biedak, wydał z siebie dziwny dźwięk i pozostawał w tej pozycji niepomny na me zaczepiania, tarmoszenia za nogawki, lizania po twarzy i inne próby ponownego zwrócenia uwagi na mą osobę. Dopiero interwencja mamy postawiła tatusia z powrotem na dwie łapy, ale o dalszym wierceniu dziur nie było już mowy…

Dziś na dworze leży przepiękny śnieg i mama ponowiła próbę zdjęciowania mnie na nim. Wyciągnęła aparacik, dla pewności wymieniła baterie, włączyła go i sprawdziła czy wszystko działa tak, jak powinno. Działało, więc wyszłyśmy razem z nim na moją wielką łąkę. Szłyśmy po niej długo dłużej, niż zwykle, aż wyszło trochę słoneczka i mama uznała, że właśnie tu i teraz jest doskonała sceneria do zdjęciowania na niej mego kupra i innych hasających w śniegu części mnie. Wyciągnęła aparacik, włączyła go i… nic… aparacik znów nawet nie spróbował ożyć. Po wynurzeniu swego delikatnego noska z kieszeni wymiennej sierści wierzchniej mamy, poczuł panującą na zewnątrz temperaturę (a trza przyznać, że nawet jak na mnie jest ona dzisiaj wyjątkowo, niegoldenkowo nieprzyjemna) i postanowił odmówić współpracy. Wiedział hultaj jeden, że jak nie będzie cykać zdjęciów, to mama go schowa z powrotem do ciepłej kieszeni. Tak też uczyniła, po czym stwierdziła, że skoro ze zdjęć nici, to ona nie będzie marznąć dalej (bo ponoć już nóg i nosa nie czuje) i wracamy do domku.

A w domku się okazało, że na podwórku jej nos był jeszcze całkiem czujący, co wkrótce miało się zmienić. Za moim pośrednictwem oczywiście. Zaczęło się niewinnie, od zabawy i mizianka. W pewnym momencie moja zgrabna główka podskoczyła raźnie do góry, a mamy nos opadł niżej niż zwykle i doszło do ich spotkania. Ja tam nic nie poczułam. Usłyszałam za to dziwny chrzęst, na którego dźwięk mama złapała za  swój nosek, zgięła się zupełnie jak tata po  wspomnianym już, nieudanym wierceniu dziur i  po chwili pobiegła do lustra. Nosek spuchł, ale mama orzekła, że będzie żyć. Tylko nie można go teraz dotykać. Eh- ci moi rodzice są jacyś wybrakowani. Tacy delikatni… Ciekawe, jak by przeżyli zimę na dworze, tak jak do niedawna musiał to robić czerwony potwór, który już od dość dawna jest ciemny?

A no właśnie! Nie pisałam Wam jeszcze o tym, że wspomniany potwór nie musi już zostawać w zimne i ciemne noce sam na podwórku, jak to było dotychczas. Dostał niedawno swój własny, prywatny domek, gdzie nie musi już biedak marznąć i niebo na niego nie siusia. Tata się cieszy, bo teraz jak potwór nie jest zziębnięty i obrażony po samotnej nocy na podwórku, nie odmawia współpracy i nosi tatusia wszędzie, gdzie tatuś chce. Mamusia się cieszy, bo szkoda jej było taty, który musiał chodzić pieszo do pracy w taki ziąb (po potwór nie chciał go zanieść), podczas gdy my wylegiwałyśmy się w ciepłym wyrku. Ja się cieszę, bo szkoda mi było potwora. A potwór się cieszy, bo ma własny domek. Wprawdzie nie ma w nim kuchni, gdzie mógłby sobie robić jedzonko, ani kanapy na której mógłby porządnie wypocząć, ale przynajmniej nie musi już spać pod gołymi gwiazdami i ma chłopak dach nad maską, chroniący przed wiatrem i zimnem i deszczem, a teraz nawet i przed śniegiem.