Archive for the ‘Hauchiwum’ Category

5
wrz

Karmienie przy stole

   Posted by: admin

Jak dobrze wiecie- od pojawienia się Krewetki (a było to jakieś 7 miesięcy temu), moje życie jest jednym wielkim pasmem niesprawiedliwości. Szczekam Wam o tym od czasu do czasu, ale dziś chciałam się skupić na jednym zjawiskowym zjawisku. Chodzi o karmienie przy stole.

Wyobraźcie sobie sytuację- siedzimy przy stole: ja, tata i mama. Krewetka natomiast w swoim pojeździe lata/pływa/chodzi po całym, pokoju. Nie wiem, czemu jej pojazd nazywa się „chodzik”… to powinien być raczej „popierdzielacz„. Mama i tata jedzą chlebek, dla Krewetki przygotowana jest bułka a dla mnie nie ma oczywiście nic.
Mama bardzo dokładnym ruchem wybiera środek bułki i woła krewetkę, więc siedzę koło niej i czekam. Krewetka przychodzi, otwiera dzióba i zostaje jej wepchnięta bułka. Patrzę z zazdrością.
Kolejnym razem mama woła, ja otwieram swoją buzię i bułkę dostaje Hania, gdyż zrobiła przy tym „YYyyYY, MmmmMMM”. Patrzę z politowaniem.
Nauczona- także jednokrotnie pisnę (bo więcej mi nie wolno) przy kolejnej porcji. Hania jednak zamrugała swoimi długimi, gęstymi i olśniewającymi rzęsami tak, że Pani Przybylska (która wg tatusia jest niezwykle ładna) może pozazdrościć. Znów wygrała potyczkę.
Co bym nie zrobiła- Hania i tak je bułkę, a ja nie…
Przez chwilę nawet myślałam, że to może nie jest moja wina, a powodów tego stanu rzeczy należy upatrywać w tym, że jest to posiłek Hani, a nie mój. Szybko jednak przybiegłam do wniosku, że błędnie myślę.
Coś muszę robić nie tak.
Dzisiaj spróbowałam innej taktyki. Pamiętacie kota ze Shreka? No więc stanęłam przed fotelem, zrobiłam jedno oko kota ze Shreka, a drugie pokrzywdzonego psa, wzrok w rękę i patrzę. Nawet ogonem nie drgnę. Nawet nie oddycham, aby hałasu nie robić. Moja głowa tylko z lewej, na prawo, powolnym i płynnym ruchem podąża za ręką. Także nic z tego.
Krewetka ma więc większe prawa i przywileje. A ja jestem kobietą, więc jako kobieta ŻĄDAM równouprawnienia! Tylko Krewetka też jest małą kobietą… Ja już nie wiem.

Macie jakieś pomysły, co robię źle? Dlaczego ja nie dostaję bułki?

27
sie

Wesołość

   Posted by: Nala

Kochani moi- nastały radosne dni. Co prawda niebo wciąż siusia, ale i tak spotyka mnie ostatnio tyle radości, że zupełnie nie przeszkadza mi bycie olaną przez chmurki. Przede wszystkim powoli odzyskuję mamę!!! Krewetka nie wymaga już od niej siedzenia cały czas przy sobie, bo też i krewetka nie chce już siedzieć. Od kiedy odkryła, że tylne odnóża doskonale nadają się do pomocy przednim łapom w przesuwaniu tułowia, a także, że można na nich stanąć- kategorycznie odmówiła ich nieużywania. Widząc to, rodzice zakupili jej specjalny pojazd z epoki kamienia łupanego (oglądam telewizję, więc wiem, że właśnie wtedy takich pojazdów używali, zwłaszcza Fred Flinston). Trochę to dziwne, bo wygląda prawie jak rodzicowy czerwony potwór, który stał się ciemny, ale nie biega samo, tylko używa w tym celu tylnych łap krewetkowych. Jakby nie było- krewetka jest zadowolona i chętnie użycza pojazdowi swych łap. Dzięki temu stała się bardzo mobilna, a mama ma łapki wolne i może je spożytkować na mizianie mnie. Z czego z kolei ja jestem bardzo zadowolona i wykorzystuję każdą możliwą chwilę.

Po drugie- do dziadków przyjechała ciocia Asia. Bardzo się cieszę z jej przyjazdu. Jednak jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że wraz z nią przyjazdowiła się Luna. Pamiętacie Lunę? To moja kuzynka, tylko parę miesięcy młodsza ode mnie. Można powiedzieć, że razem dorastałyśmy. Można powiedzieć, że na naszych skórach pogubiłyśmy pierwsze zęby. A po ich wgryzaniu w uszy miałyśmy pierwsze w życiu dredy i pierwszą, prawie naturalną depilację. Można też powiedzieć, że nie ważne jak stare będziemy, to zawsze szczeniaki się w nas obudzą, gdy się spotkamy. Radosnych brykań, fikań i podgryzań nie było końca. Szkoda tylko, że na cały ten proceder dostałyśmy eksmisję z domku (że niby byśmy krewetkę zgniotły, która bawiła się na podłodze. A ja tam wiem, że krewetka bardzo chętnie przyłączyłaby się do nas, tylko miałaby kompleksy, że nie ma zębów ani futra. A w zasadzie to dwa zęby już ma, którymi gryzie mamę. Na porost futra wciąż czekamy). Ale i tak było super, bo mogłyśmy się wytarzać w przepięknie pachnących perfumikach i ufarbować futro na zielono (najnowszy szczek mody). Potem wprawdzie zostałam wykąpana i po zabiegach pielęgnacyjnych nie został żaden trop, ale wspomnienia bezcenne…

No i po trzecie- mama wypowiedziała wojnę fruwającym wszędzie, goldenkowym kłakom. Wprawdzie nie rozumiem o co cała afera, w końcu jeden włosek jeszcze nikomu nie zaszkodził, jednak korzystam z miziań, które się z tym wiążą. Bo jestem co chwila czesana- z włosem i pod włos i w poprzek włosa i od góry do dołu i od dołu do góry i w prawo i w lewo i prosto i krzywo i falowato i okrężnie i szybko i wolno i przyjemnie i nie przyjemnie i na wiele innych sposobów. Wszystko to wiąże się z dotykaniem mej pięknej paszczęki, głowy, łapek, ogona, brzuszka, kuperka, pleców, uszków i wielu innych, cennych części ciała każdego goldenka. I jest cudownie! A, że mama prowadzi przy tym jakąś wojnę? Trudno- jej problem!