Z kilku dni zrobiły się dwa tygodnie, ale jestem tak słodka, że z pewnością mi wybaczycie. Szczekam do Was wielce radosna, trochę schudnięta i bardzo odsierściona. Ale mega, mega szczęśliwa.

Szczęśliwa jestem trochę z faktu, że wreszcie to inni pozazdrościli czegoś mi. A mianowicie- mama pozazdrościła mi odzyskania młodzieńczej sylwetki i też postanowiła schudnąć. Co z kolei doprowadziło mnie do apogeum szczęśliwości, bo wybrała w tym celu bieganie po lesie. Musiała najpierw przemyśleć parę spraw logistycznych, ale wszystko udało się poskładać i teraz każdy poranek wygląda tak: mama biega, Krewetka jedzie na rowerku pod opieką chodzącej babci, a ja w tym czasie robię wszystko, na co tylko mam ochotę. Bo oczywiście ja też jestem zabierana do lasu, gdzie mogę:

1. Iść koło babci i Krewetki, co tylko czasem należy do rzeczy fascynujących, bo przeważnie bardzo się ślimaczą i rozmawiają/śpiewają/oglądają chmurki i ptaszki. Nawet mama zostawia je w tyle i tylko co jakiś czas podbiega z powrotem, by sprawdzić czy jeszcze się toczą.

2. Biec obok mamy, co też nie poraża goldenkowością, bo mama biega z prędkością podstarzałego ratlerka i nawet patyczków nie chce aportować. A dyszy, jakby za chwilę miała mi w tym lesie paść.

3. Kopać dołki i wietrzyć zwierzynę, co byłoby super gdyby nie fakt, że wtedy mama, babcia a nawet Krewetka jakoś tak szybciej znikają mi z oczu i muszę porzucić wszelkie zajęcia i ich szukać. Wszak wiadomo przecież, że w lesie trza trzymać się stada, nawet jeśli jest ono wolne i niedołężne.

4. Skorzystać z kąpieli jeziorkowych, które są takie fajnie mokre. Tylko w tym przypadku również co jakiś czas trzeba wychodzić z wody i podbiec kawałek za mamą, która właśnie wtedy musi nabierać prędkości.

W związku z powyższym postanowiłam nie ograniczać sobie przyjemności i robię po trochu z wszystkich tych czynności. Teraz jeszcze bardziej doceniam przeprowadzkę. Babcia jest pod nosem(a czasem i pod łapą 😉 ) i w każdej chwili może z nami wyjść. Okoliczne tereny aż zachęcają, by iść pohasać na pozadomie i nawet mama zauważyła, że trzeba to robić! Dzięki temu jestem teraz na prawdę szczęśliwym goldenkiem! Żeby tylko pozwalali mi na jeszcze ciut więcej tego hasanka. Bo wiecie- mama troszkę się obawia o moje trefne stawy i nie pozwala mi biegać tyle, ile ja bym chciała. Ale obiecała, że jeśli za tydzień nadal wszystko będzie ok, to trochę wydłużymy trasę.

Już nie mogę się doczekać, więc trzymcie kciuki, aby się udało!

2
Paź

Łysieję…

Zacznę od tego, że już się nie odchudzam zamierzenie. Mam znów wymiary psiej modelki, błysk w oku i szalej w kuprze 🙂 Wszystko więc byłoby ok, gdyby mój kuper się z tym odchudzaniem nie rozpędził i nie brnął w to dalej. A brnie.

Ruchu nie mam więcej niż zwykle, jedzonka też dostaję stałą ilość. Pozbawiony więc możliwości dalszego odtłuszczania, mój kuper postanowił w celu zmniejszenia objętości się odwłosić. Gubię futra tony i tysiące. Rodzice, pomimo wyczesywania, odnajdują całe kołtuny na podłogach, dywanach, kanapach, fotelach, stole, w jedzeniu, lodówce, pralce, a nawet własnych nosach i uszach. Wymyślili nawet nowy biznes- kołdry i poduszki wypychane psim futrem… Tylko zaniechali realizacji tego pomysłu, bo stwierdzili, że włosy będą z poszewki wychodzić. Nie ma godziny (no chyba że nocnej), kiedy Krewetka nie przybiega do mamy z wywalonym językiem, krzycząc że ma włosa. A ja już na prawdę nie wiem co mam robić. Szczekam im, żeby nie wypadały, a one swoje… Więc szczekam więcej, a one dalej swoje. I szczekam jeszcze, a wtedy rodzice się denerwują.

Bo wiecie- ja tak nie do końca szczekam na me futerko. Ostatnio często to robię, gdy ktoś na klatce się szwenda. A to przecież groźne, więc trzeba rodziców ostrzec… No dobra- boję się, dlatego to robię. Bezpiecznie jest tylko pod rodzicowymi nogami, a one nie zawsze są dostępne. Szczególnie od kiedy się okazało, że dziadek jest na tą moją wypadającą sierść uczulony i teraz rzadko u niego bywam. A rodzice chcą bywać tam dalej, więc ja zostaję sama w domu. A wtedy wiecie co się dzieje- boję się troszkę… Żeby chociaż Krewetkę ze mną zostawiali, to byłoby inaczej. No ale na sierść Krewetki dziadek uczulony nie jest. Ot, taka niesprawiedliwość. A z niesprawiedliwością spotykam się notorycznie, od kiedy jest u nas Hana. Ale nie będę się skarżyć, bo kocham tą niecną istotkę całym futrem. Tym wypadającym 🙂 Tym, które jeszcze się na mnie uchowało też!

Fajnie obserwować, jak z nieruchliwego czegoś rośnie całkiem pełnoprawny ludź, który Cię kocha i mizia. Czasem też dokucza, ale szybko jest od tego odciągany rodzicową ręką. Lubię się z nią bawić i wygrzewać w promieniach wpadającego przez okno słońca. A ono tak fajnie wpada tej jesieni i napawa optymizmem. I od razu chce się brykać i fikać. Co z kolei musiało spowodować brykanie samej sierści. I wypadanie. Kolejne dni spędzę pewnie na borykaniu się z tym problemem, ale obiecuję poszczekać Wam coś za kilka dni, a nie znów po miesiącu, jak to było teraz.

Strona 5 z 139« Pierwsza...34567...102030...Ostatnia »
L