1
lut

Czasobrak

Kochani moi bezsierściowcy i czytający moje szczeki sierściuchy!

Jest mi bardzo miło, że domagacie się nowych zdjęć mego szalonego kupra i reszty mnie. Przyznam, że mam trochę takich, których jeszcze nie widzieliście. Niestety okazało się, że w komputerku coś się spsuło i aktualnie nie mam jak ich Wam pokazać. Jest to ponoć prosta usterka, którą tatuś łatwo naprawi przy odrobinie wolnego czasu, ale jak na złość akurat tego, to on chwilowo nie ma. Wszystko rozbija się o konieczność zdobywania pieniążków na jedzonko (jakby nie można sobie było upolować) i inne potrzebne (bądź niepotrzebne) rzeczy. A mamy „karnasyp„, „karzawał” czy jakoś tak i rodzice są zajęci w weekendy. Dodatkowo znów zakupili wiele dziwnych przedmiotów, do oddawania ich w zamian za papierki na jedzonko, więc wieczorami siedzą i pracują nad tym, by szybko je komuś oddać. Żeby tego było mało- w ciągu dnia też nie da się nic zrobić, bo jak ktokolwiek siądzie do komputerka, to w jego kierunku rusza mały potwór, wsadzając wszędzie swoje macki. A macki te są szybkie, o dalekim zasięgu i niezwykle skuteczne w psuciu tego, co spsuć się da. Tego, czego nie da się spsuć- potwór i tak spsuje. Teraz na szczęście śpi i wszyscy chodzimy na paluszkach, żeby ten stan trwał jak najdłużej.

Trzymam się jeszcze klawiatury końcówkami pazurków, bo rodzice już mnie przeganiają, żebym zrobiła im miejsce i mogli dalej pracować. Szczekam więc do Was serdecznie na pożegnanie. Przepraszam, że dziś tak krótko, ale uwierzcie mi- na razie nic więcej nie mogę zrobić. Bądźcie cierpliwi i zaglądajcie do mnie, bo jak tylko sytuacja się trochę poprawi- obiecuję długie, iście goldenkowe wyszczeki.

Trzymcie się!

Muszę zacząć od tego, że jestem zawiedziona. Okrutnie zawiedziona! Na urodzinkach Krewetki nie było Luny!… Przyszli jej dziadkowie i ciotki i wujkowie i rodzice, a jej szalonego kupra nie było. Na pytanie moich rodziców „gdzie jest Luna?”, jej mama odpowiedziała najspokojniej jak się dało, że Luna została w domu, bo „zrobiłyby (chodzi oczywiście o nią i mnie) okropny sajgon”. Że co? Że niby my? Przecież my tylko grzecznie biegamy po domku i podgryzamy się po kuprach, a potem robimy zapasy podstołowe i wydajemy miłe dla ucha pomruki zadowolenia… Znów zostałyśmy źle potraktowane i mylnie osądzone. Niesprawiedliwość tego świata już nawet mi zaczyna działać na nerwy, a rodzice i reszta rodzinki świadkami, że na nerwy nie działa mi nic. A przynajmniej tak myślałam do tego czasu…

Było za to całe multum bezsierściowców. Gdybym umiała liczyć, to podałabym Wam ich dokładną liczbę. A, że nie umiem, zdradzę tylko, że cały nasz pokój był jednym, wielkim stołem, a dookoła niego- wszystkie miejsca zajęte. Muszę jeszcze dodać, że miało być ich więcej (wtedy impreza odbyłaby się u dziadków i byłaby Luna), ale nie dotarły trzy ciotki, ze swoimi watahami. Pomimo ich braku- obecni bezsierściowcy zrobili z pewnością sajgon większy od tego lunonalowego, co jednak rodzicom zupełnie nie przeszkadzało. Ale przynajmniej pojadłam trochę, bo wiadomo, że im więcej bezsierściowców, tym zwiększa się częstotliwość spadania pod stół kawałków jedzenia.

Był tort. Kolejny szok dla mnie… Patrzę, a tu z górnej jego części spogląda na mnie opasły miś. Ten sam, który straszy ze ścian krewetkowego pokoju i jej niektórej sierści wymiennej, drzwi lodówki, książeczek, telewizorka i wielu, wielu innych miejsc. Niedługo będę się bała do własnej miski podchodzić, bo a nóż wyskoczy z niej ta istota o opasłym brzuchu… Eh.. Szkoda szczekać.

Krewetka wyglądała prześlicznie (oczywiście jak na tak strasznie nieusierścioną małą istotkę), w swojej falbaniasto-kraciastej sukience. Nawet mama przyodziała sukienkę, co musi oznaczać, że krewetkowe święto było świętem bardzo ważnym- na co dzień nie zobaczycie mojej mamy w sierści wymiennej tego typu. Tylko tata pozostał wierny spodniom, co raczej mu się chwali, bo ma okropnie umięśnione tylne łapy. Dzięki przywiązaniu do tradycji- on też wyglądał ładnie, tak jak i reszta gości. I wszyscy byli tacy mili i uśmiechnięci. Chciałabym, żeby było tak zawsze.

Ale po ich wyjściu, trzeba było to wszystko posprzątać. Mnie to cieszyło, bo najadłam się za wszystkie czasy. Ale widziałam, że rodzice nie pałali aż takim entuzjazmem, bo musieli pracować, a byli zmęczeni. Wiem jednak, że byli zadowoleni, że wszystko się udało i był to naprawdę fajny dzień. Mam nadzieję, że za rok będzie tak samo!

L