Dni mijają nam szybko. O wiele za szybko.
Wychodzę z tatą na poranne siusiu, a potem czekam aż mama i Krewetka się obudzą. Sama również korzystam z możliwości dodatkowej drzemki i tak mi się ona podoba, że leniwie zwlekam swój kuper z posłania dopiero gdy śniadanko dla moich dziewczyn jest już na stole. Od kiedy Hani ruchy są dość mocno skoordynowane, mało ludzkiego żarełka wędruje do mojego brzuszka. Ale nic to- po ich śniadanku następuje karmienie mnie moim żarełkiem przez Krewetkę. Fakt, że gdybym jadła sama to byłoby szybciej, ale w ten sposób jest smaczniej i mniej ruchowymagająco, bo nie muszę się schylać nad miską. Wystarczy, że otworzę paszczękę, a kolejne kawałki za pomocą krewetkowych odnóży w niej lądują. Ledwo miska zostanie opróżniona (mama w tym czasie robi mnóstwo dziwnych i normalnych rzeczy)- dziewczyny zabierają się za obiad. Potem wraca tata, a potem następuje ciekawsza część dnia.

Zgodnie z przypuszczeniami zrobiło się cieplej i wszyscy są już zdrowi, zatem częściej spędzamy czas na pozadomiu. I są patyczki i piłeczki i kopanko i tarzanko. Odwiedzamy też obie babcie i dziadków, gdzie są głaski i dużo pyszności. Czasem też siedzimy w domu i tak po prostu sobie jesteśmy. Bez względu jednak na sposób i miejsce spędzania czasu, zanim zdążę się rozbawić i nacieszyć- słyszę, że czas nam kończyć, bo zaraz trzeba nakarmić i położyć Krewetkę spać. Ze zdumieniem stwierdzam wtedy, że faktycznie zrobiło się późno. A ja kompletnie nie wiem, kiedy cały ten czas minął. I niestety to ma coraz większą skalę. Ledwie tata po weekendzie wychodzi rano do pracy, a tu już czwartek i kolejny weekend. Zaczęło mnie to mocno zastanawiać.

Stwierdzam, że im więcej czasu przeżyłam tym szybciej mi on mija. Ponadto często nawet nie mogę sobie przypomnieć na co konkretnie go straciłam. Zatem moja zdolność zapamiętywania jest odwrotnie proporcjonalna do ilości przeżytego czasu. Dodatkowo nie ruszam się już tak żwawo jak wcześniej. Niby biegam i szaleję, ale krócej i tak jakoś mniej intensywnie. Nasuwa to jedyny słuszny wniosek- jestem stara!!! O Szariku, ja nie chcę być stara i niedołężna jak rodzice!!!

A może to tylko wiosenne przesilenie?

P.S. Tata właśnie zgłosił zastrzeżenie, że nie jestem „stara i niedołężna jak rodzice” tylko „stara i niedołężna jak mama”, bo on wcale stary nie jest. Pozwólcie, że nie skomentuję jego starczych złudzeń…

24
Mar

Wiosna!

Wiosna! Cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna! Znów nam przybyło lat,
Wiosna!…….

No właśnie- wiosna, a my? Zamiast hasać po pozadomiu i cieszyć się, że słoneczko, że kwiatki i robale, my siedzimy w domu. A cała bezsierściasta część mojej rodziny przechodzi intensywny kurs szczekania. Zaczęło się dwa dni po moim ostatnim szczekaniu do Was, od Krewetki i mamy. Pierwszy szczekliwy dzień spędziły na całodziennym wylegiwaniu się w łóżku. Początkowo czułam błogość, bo nikt nie ciągnął mnie za ogon, nie przeszkadzał w drzemkach i nie wyjadał mi jedzenia z miski. Ale koło południa zaczęło mi tego brakować i czułam się zaniedbana. Wskoczyłam więc na łóżko, z moją ulubioną zabawką i próbowałam ją wetknąć w krewetkowy pysk. Skończyło się płaczem najpierw krewetkowym, a potem ogólnym, bo uświadomiliśmy sobie beznadziejność moich poczynań. Zostawiłam je więc na tym łóżku i położyłam się grzecznie na swoim.

Następnego dnia Krewetka wylądowała u weterynarza. Po tym zdarzeniu już nikt nie spędzał dnia w łóżku, ale szczeki nadal były na porządku dziennym, jak i udawanie słoni. A smakowite chusteczki lądowały w wielu miejscach naszego mieszkanka. Po weekendzie zupełnie dla mnie niesatysfakcjonującym, do grona parskających dołączył i tata, a Krewetka po raz drugi wylądowała u weterynarza. Jaki tego skutek? A no taki, że z tatą coraz gorzej, z Krewetką coraz lepiej, a mama zachowała równy, szczekliwy poziom. Bo musicie wiedzieć, że mama jest istotą wzbraniającą się przed weterynarzem wszystkimi odnóżami, dopóki ma siłę by nimi poruszać. Z mojego stałego punktu obserwacyjnego (czyli pod ławą) zauważyłam, że ostatnio podpija Krewetce jej lekarstwa w nadziei, że pomogą i jej… Cóż, czas pokaże co z tego wyniknie. Teraz zaczyna się kolejny weekend, a przede mną raczej brak szans na rozwinięcie mych goldenkowych pasji (bo woda w jeziorku z pewnością już nie jest lodowata!)

Czuję się też zaniedbana z innego powodu. Naszczekałam Wam na początku, że „znów nam przybyło lat”, no i tak właśnie jest. 18go marca skończyłam 4 lata! I co? Usłyszałam od taty „sto lat”, a mama mnie wymiziała i obiecała fajny spacer, jak już wyzdrowieją… A tort? A prezenty? Jest mi źle…

Dobrze, że ciocia od Luny przyjechała do babci na parę dni i nas odwiedza. Wprowadza jakiś promyk radości w me biedne, zaniedbane, goldenkowe życie… Ale i tak nie mogę jej przebaczyć, że nie przyprowadza do mnie Luny!!! I dziadków też nie przyprowadza, a tęsknię za nimi straszliwie. Czekam, aż w końcu wszyscy będą zdrowi i będą mieli dla mnie czas i będą chcieli go spędzać na pozadomiu. Na razie siedzę przy drzwiach balkonowych i tęsknym wzrokiem wodzę za hasającymi na zewnętrzu pieskami i małymi bezsierściowcami. Jak ja chciałabym być tam z nimi!…

Wam więc życzę wiosennego zdrowia, abyście mogli bez przeszkód biegać za patykami!

Strona 10 z 139« Pierwsza...89101112...203040...Ostatnia »
L