Archive for the ‘Hauchiwum’ Category

19
paź

Piękna, goldenkowa jesień

   Posted by: admin

Piękna, goldenkowa jesień

Jest ciepło, słoneczko świeci, letni wietrzyk owiewa twarze bezsierściowców, a drzewka są zielono-żółto-złoto-czerwono-brązowo-pomarańczowo-purpurowe. Pięknie, prawda? Wiem, że właśnie takiego widoku za oknem byście sobie teraz życzyli. Na szczęście tym razem jesień jest łaskawa dla wszystkich Golden Retriever’ków, a nie samolubnych bezsierściowców!

Jest teraz przyjemnie chłodno (mama twierdzi, że lodowato, ale jak zwykle przesadza), wieje cudowna bryza, buszując w mej falującej i ucieszonej jak ja cała sierści (tata określa ten wspaniały wietrzyk brzydkim słowem, więc nie przekażę Wam co dokładnie o nim myśli). Najpiękniejsza w całej tej jesieni jest jednak bytność wody, w przeróżnej postaci, przeróżnego koloru i zapachu, prawie wszędzie tam, gdzie mój blond (a już po chwili ciemno-blond i brązowy) kuper przebywa. Woda jest dosłownie wszędzie! Na ziemi- w postaci cudownych kałuż, o przeróżnej głębokości. Jedne pozwalają zaledwie na ochłodzenie spodów goldenkowych łap. W innych można nurkować i chłodzić całe ciałko. W powietrzu- woda występuje w postaci przemalutkich lotnych kałuż, poruszających się ruchem jednostajnie przyspieszonym w dół (bardzo ostatnio spodobało mi się to dziwne, nielogiczne określenie. Każdy goldenek przecież wie, że nie można jednocześnie jednostać i przyspieszać, bo przyspieszać można tylko jeśli się biegnie, a i to tylko w przypadku, gdy na końcu drogi zobaczy się jakiś pyszny kąsek, ewentualnie rodziców. A najlepiej to rodziców ze smacznym kąskiem w ręku…) Jeśli się biegnie wystarczająco szybko, to można ominąć te lotne kałuże i wtedy osadzają się one na ziemi, w postaci zwykłych kałuż. Jednak jest to coś, na czym niekoniecznie mi zależy. Bo wiecie- wolę, jak trochę tych kałuż osadzi się na mym pyszczku i grzbiecie i kuperku i ogonku. To takie wspaniałe uczucie. A potem jeszcze mogę udawać kochającą rodziców córeczkę i dzielić się z nimi częścią tych złapanych kałuż. W tym celu trzeba stanąć blisko nich i się otrzepać. Szkoda mi trochę tych kropel, które mogłyby przecież pozostać na mnie, ale rodzice tak radośnie wówczas piszczą, że nie byłabym w stanie odbierać im tych chwil przyjemności.

I jeszcze na koniec- najlepsza rzecz. Nie dość, że woda znajduje się na każdym skrawku pozadomia, to jeszcze w domku mam teraz o wiele częstszy kontakt z wodą. Prawie po każdym spacerku jestem wpuszczana do łazienki, gdzie wchodzę sobie do wanny (tak, tak, pochwalę się, że robię to prawie całkowicie sama, a mama tylko asekuruje mój kuperek), a tam jestem polewana wodą z magicznego kija. Szkoda, że nie każdy spacer kończy się w ten sposób, ale nic nie poradzę na to, że mama z wiekiem ślepnie. Zastanawiacie się, co ma ślepota do kąpieli? A no dużo. Kąpię sie w domku, jak dużo błotka przylega do mojego ciałka. Jeśli zaś jest go troszkę mniej, to mama mówi „udam, że nic nie widzę” i z kąpieli nici. W związku z tym staram się błotkować coraz mocniej, a mama ma coraz wyższy próg błotkowej zauważalności. Jaki wniosek? Mama ślepnie!

Kończę już ten opis przepięknej, goldenkowej jesieni. Życzę Wam cudownych chwil spędzanych poza domkiem, a ja sama idę wyciągnąć kogoś na spacer, bo właśnie zauważyłam, że lotne kałuże znów zaczęły jednostajniowo przyspieszać w dół! Mniami!!

14
paź

Waleczni rodzice

   Posted by: admin

Waleczni rodzice

Kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Szczecinie, a słoneczko świeciło wysoko i gorąco- pisałam Wam o tym, jak to mój kochany ojciec wybrał się na walkę samców i w heroicznej bitwie udało mu się obronić dwóch ktosiów. Ktosie te nazywały się Pan Magister i Pan Inżynier. Byłam niesamowicie dumna z mojego tatusia, bo zachował się niczym mój ukochany Szarik, w którym jestem już od dawna szaleńczo zakochana. Szkoda tylko, że on nawet nie chce na mnie spojrzeć zza telewizorka, tylko pomaga wszystkim naokoło, wskakuje do swojej metalowej puszki, która nawet nie przypomina normalnego czerwonego potwora i tyle go widać… Ale nie o tym miałam szczekać!

Jak to często rodzice powtarzają: „Lajf is brutal end ful of zasadzkas„. Okazało się, że ktoś znów zaatakował Pana Magistra i Pana Inżyniera i potrzebowali oni pomocy. I wtedy stała się rzecz, której kompletnie się nie spodziewałam. Za ich obronę tym razem zabrała się mama. Tak, tak, dobrze widzicie- moja mama. Podziwiam ją ogromnie, bo wiem jak ciężko musiało jej być podczas wewnętrznej walki z Panem Leniem i trochę uzewnętrznionej walki z Panem Nicmisięniechce… Z samego rana stoczyła się z łóżka (bo jest już całkiem okrąglutka i łatwiej jej się stoczyć niż wstać), nałożyła na twarz barwy wojenne (tak jak szanujący się Indianie), wcisnęła się w ładną sierść wymienna (co też musiało nie być łatwe z uwagi na jej okrąglutkość) i pojechała. Zabrała ze sobą również tatusia, ale z tego co wiem- był on tylko bardzo dziwną i wątpliwą formą maskotki na szczęście. Wrócili wieczorem, z uśmiechami na pyskach,  oraz wiadomością, że wszystko się udało i teraz również mama ma przed nazwiskiem dziwne literki…

Teraz jestem bardzo dumna z obojga rodziców, a na spacery wychodzę zupełnie spokojna, bo wiem, że jak rzuci się na mnie jakiś pit bull czy inne dziwne stworzenie, to rodzice rzucą się mi na pomoc.

Tak jeszcze na marginesie dodam, że ogólnie znanym faktem jest to, iż studia robi się po to, aby (przepraszam za słownictwo, ale inaczej straci to cały sens) „móc gówno robić i nieźle żyć„. Tacie udało się po obronie ktosiów leniuchować trzy miesiące. Potem praca przerwała mu ten prześwietny proceder. Mam nadzieję, że mamie uda się nic nie robić dużo dłużej.