Archive for the ‘Hauchiwum’ Category

14
gru

Nadmiar energii

   Posted by: admin

Nadmiar energii

Nie wiem, co ostatnio się ze mną dzieje… Ciągle, stale, cały czas mam w sobie nadmiar goldenkowej energii, którą muszę jakoś spożytkowywać, bo inaczej boję się, że mogłabym od niej pęc! Tak więc mój kuper nieustannie bryka i fika, ogon macha, uszy falują, zęby podgryzają wszystko, co napotkają w swoim zasięgu. Czasem jest to resztka zabawki, czasem rękaw taty, a czasem mamy łydka. A skoro przy rodzicach jesteśmy, to muszę się Wam na nich pożalić. Oboje zrobili się ostatnio bardzo leniwi i nie poświęcają mi tyle czasu, ile ja do święcenia potrzebuję. Bo jak niby półgodzinny spacer z mamą wczesnym świtem (około 11…), odwiedziny u bezsierściowców po południu i spacer z hasankiem z obojgiem rodziców wieczorem ma zaspokoić moją przeogromną potrzebę szogunowania? A do tego mój głupiutki ojciec myśli, że jak przez godzinkę poszarpie się ze mną zabawkami i pozwoli na siebie powskakiwać i popodgryzamy się wzajemnie, to ja będę mu za to wdzięczna do końca mego smutnego żywota… I jeszcze te marne próby mamy dokarmiania mnie przy poleceniach w stylu: siad, leżeć, zostań, chodź, wstań, stój, łapa, druga, poproś, przynieś, zostaw, obrót, głos i inne takie. No robię to, żeby mama się cieszyła, że chociaż czasem jej słucham, ale to nie zaspokaja moich potrzeb. W dodatku, jak sama próbuję zainicjować jakieś ciekawe spędzenie czasu to słyszę mniej więcej: „Nala, luzuj kuper”, „Daj mi chwilę spokoju, dziecko”, „Błagam Cię szogunie- idź sobie”, zwykłe „Idź sobie”, „Idź do taty”- z ust mamy i „Idź do mamy”- z ust taty. Do tego dochodzi jeszcze „Naaalaaaa…..” i zupełnie jasne w przekazie „aaaaaaaaa…….”.

Eh- me życie jest ciężkie. Dobrze chociaż, że rodzice ostatnio znów dość często wyciągają ten cudowny aparacik do zdjęciowania mnie. Dzięki temu mam dla Was dużo nowych, zupełnie jeszcze nieśmiganych zdjęciów i jak tylko uda mi się zmusić tatusia do ich umieszczenia w moim pamiętniczku (ja jeszcze się tego nie nauczyłam, bo pazurki mi się ślizgają po przyciskach aparaciku), to i Wy będziecie mogli je podziwiać. Dzisiaj też miałabym dużo nowych, cudownych zdjątek (bo w nocy napadał śnieg i mama postanowiła wziąć na spacerek aparacik), ale nie wyszło, przez  większego wzwyż z rodziców, czyli tatę. Bo tata zamęczył ostatnio aparacik i trzeba było wymienić mu wnętrze. Wyjął więć to wnętrze i podłączył do ładowania, nie wsadzając w zastępstwie innego. A większy w szerz rodzic, czyli mama, nie zauważył braku wnętrza i zabrał na spacer aparacik bezwnętrzowy. Takim oto sposobem aparacik odmówił współpracy nie próbując nawet jej podjąć i nic z tego nie wyszło. Mama nawet nie zezłościła się zbytnio, bo wie, że po tacie takich rzeczy po prostu należy się spodziewać. Ale mam nadzieję, że tym razem niebo nie zabierze śniegu zbyt szybko i mama będzie jeszcze mogła uwiecznić na nim moje harce.

A teraz idę kogoś pozaczepiać, bo czuję, że już za chwilę mój kuper zrobi to za mnie. A jednak wolę się łudzić, że mam nad nim jakąkolwiek władzę. Jak rodzice się łudzą, że mają ją nade mną… Pa kochani!

29
lis

Goldenek pracujący

   Posted by: admin

Goldenek pracujący

Ostatnie kilka dni było zdecydowanie bardziej męczących niż te, kiedy zajmowaliśmy się ugoszczeniem naszego miłego i zawsze chętnie przyjmowanego gościa- lenia. Dni te były też zdecydowanie bardziej przyjemne i goldenkowe. Przede wszystkim poświęciłyśmy z mamą dużo czasu na układanie różnych przedmiotów w miejscach, gdzie naszym zdaniem najlepiej by one pasowały. Jestem pewna, że o wiele szybciej by nam to wszystko poszło, gdyby mama miała taki sam gust jak ja (a przecież wiadomo, że mój jest lepszy) i była mniej uparta. A tak- pół godziny straciłyśmy na przekładanie mojego kocyka ze środka pokoiku (gdzie wyglądał przepięknie i był mi bardzo przydatny) na moje posłanie (gdzie przecież absolutnie leżeć nie powinien, bo i po co, skoro samo posłanko jest wystarczająco śliczne i wygodne) i z powrotem. Dobrze, że tylko połowę tej trasy musiał być niesiony przez mój śliczny pyszczek, bo jeszcze bym się zmęczyła

Ostatecznie kocyk został na środku pokoiku (znów wyszło na moje), a mama siadła na łóżku i zaczęła zabawę w śmieszne gadanie. Było coś o tym, że ją kiedyś zamęczę, że nie szanuję jej pracy, że jestem paskudnym bałaganiarzem, że o moje zabawki można się zabić, udławić fruwającymi włosami, pośliznąć na rozlanej wodzie, dostać pylicy płuc od wdychania wyschniętego błota, naniesionego na pościel i dużo, dużo innych, śmiesznych rzeczy. Spodobała mi się ta zabawa w odgrywanie wymyślonych scenek (rodzice zawsze wiedzą, co sprawi mi w danej chwili przyjemność), więc wskoczyłam na łóżko i dokładnie wycałowałam pochlipującą jeszcze mamę (chyba trochę za bardzo wczuła się w rolę). Po tym, z głośnym westchnieniem podobnym do westchnienia bezsilności (eh- te nasze rodzinne umiejętności aktorskie) mama wstała, zabrała się za przekładanie moich zabawek (co skończyło się podobnie jak przekładanie kocyka), czyszczenie luster ze śladów mojego noska (dzięki czemu miałam więcej miejsca na robienie nowych ślicznych pieczątek), odkurzanie dywanu z mojej sierści (szybkie tarzanko zwróciło mu jego niezaprzeczalny, przedodkurzeniowy urok) i parę innych, ciekawych zabaw. Odgrywanie scenek odbyło się tego dnia jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem przyjmowane przeze mnie z coraz mniejszym entuzjazmem. W końcu nie zareagowałam wcale, po czym usłyszałam: „no- wreszcie dałaś mi spokój, bestio”. I wkurzyłam się wtedy strasznie. Bo po co niby cały czas mnie zaczepiała, skoro chciała spokoju? Po co wymyślała nowe zabawy? No tak- tata coś mówił, że mama ma teraz częste fochy i wahania nastroju. Ale jednak miałam nadzieję, że to nie mój kuper będzie przez to cierpiał. W końcu jest na to zbyt ładny! Postanowiłam więc nie dawać się wciągnąć w jej głupie zabawy i dzięki temu przekładanie reszty przedmiotów odbyło się w ciszy i spokoju.

W te dni odbyliśmy też dużo długich spacerków, spotykając na nich dużo dużych i małych piesków. Niestety do większości z nich przyczepieni byli bezsierściowcy i nie mogłam zbytnio z nimi pobiegać. Udało mi się za to zaliczyć: kąpiel w jeziorku, błotną kąpiel w kałużach, bieg w roślinności pozostawiającej rzepy na mym kuperku, konsumpcję wspomnianej roślinności, konsumpcję nadwyżki jedzeniowej różnych bezsierściowców, konsumpcję przerobionego jedzonka bezsierściowców, oraz tarzanko w przerobionym jedzonku jakiegoś sierściucha. Ponad to rozmnożyłam kilka zabawek, kilka pudełek, ręczniki papierowe i reklamówkę. Przyozdobiłam śladami błotka dwa komplety pościeli, buty rodziców, wannę i kafelki w łazience. Zaczepiałam też bezsierściowców, którzy w tych dniach tłumnie odwiedzali naszą rodzinkę- błagałam ich o jedzenie, wtykałam im w łapki zabawki (tym schylonym próbowałam je wetknąć od razu w pyski, żeby nie musieli przekładać), wchodziłam im na kolana, żeby nie musieli się schylać do głaskania mnie. Robiłam też dużo innych rzeczy, z których niestety nie jestem dumna, więc nie będę ich opisywać. Jednak po tym, co opisałam- widzicie, jak zapracowanym, ale szczęśliwym pieskiem byłam ostatnio. I życzę Wam, aby Wasze pociechy też sprawiały Wam tyle radości, co ja ostatnio moim rodzicom!