Archive for the ‘Hauchiwum’ Category

6
mar

Jupi!!!

   Posted by: Nala

Kochani moi!

Nie uwierzycie pewnie w to, co się niedawno stało i nadal dzieje, bo i ja sama jeszcze nie bardzo mogę w to uwierzyć.  Ale jestem bardzo, ogromnie, goldenkowo przeszczęśliwa! Krewetka jest zdrowa i skora do zabaw, jak nigdy dotąd. Rodzice też są zdrowi i (jakby szczęścia było za mało) prawie nie pracują. Wprawdzie tata rozpoczął gdzieś pracę i do południa go nie ma, ale ja się wówczas nie nudzę. Za to wieczorami jest w domu i nie siedzą z mamą ciągle przy komputerkach. Ponoć najgorszy okres opanowali i do następnej dostawy mają tylko małe, bieżące sprawy do załatwienia. No i w weekendy są prawie cali moi, bo zaczął się post, czy jakoś tak, więc nie wyjeżdżają po kolejne papierki na przysmaczki.

Moje dni są świetne. Najpierw, wczesnym rankiem, zaczynamy od spacerku z tatusiem. Wprawdzie są to spacerki raczej krótkie, bo tata jakoś nie może wstać, gdy dzwoni budzik i potem ze wszystkim się spieszy. Ale spotykam zapomnianych znajomych (jak tata nie pracował, to wychodziliśmy później i te wszystkie pieski były już dawno na porannym dodrzemywaniu) i brykam w niższych temperaturach (słoneczko jeszcze nie zdąża nagrzać pozadomia), co jest zbawienne po nockach w naszym ciepłym domku. Potem tata wychodzi, zostawiając mi pod opieką Krewetkę i mamę oraz swoją połowę łóżka, z której już po chwili robi się połowa połowy, bo obie okropnie się rozpychają. Gdy budzę się po raz drugi, a w zasadzie- gdy jestem nieczule budzona przez Krewetkę ślinieniem mojego nosa i wyrywaniem futra z ucha– jemy śniadanie, a potem dziko brykamy po domu. Muszę przyznać, że od moich ostatnich szczekań Krewetka poczyniła duże postępy, zarówno w chwytliwości łap, koordynacji ruchowej, prędkości poruszania się i wymyślaniu nowych tortur dla mojego biednego ogona. Na szczęście mama, jak na swój podeszły wiek, całkiem jest jeszcze dziarska i w miarę szybko ratuje mnie przed tą okrutną istotą. No i nagradza za cierpliwość, co jest warte większości krewetkowych tortur.

Najbardziej podoba mi się zabawa w rzucanie piłki- Krewetka rzuca ją z wielkim rozmachem, a ta ląduje tuż przed moim nosem. Hania, bo tak jest ostatnio nazywana częściej niż „Krewetka”, jest szczęśliwa, że w ogóle udało jej się tą piłkę rzucić. Wbrew pozorom to jest trudniejsze, niż się Wam wydaje, bo piłkę trzeba chwycić, trzymając ją zamachnąć się i w odpowiednim momencie wyrzucić tak, żeby nie trafić się we własny pysk. Mi do tej pory się to nie udaje, choć domyślam się, że to przez brak przeciwjeziornego kciuka. A może „przeciwstawnego”?  Jakoś tak… W każdym razie ja też jestem szczęśliwa, bo lubię podawać piłkę, nawet jeśli ląduje tuż przed moim nosem. Lubię też, jak Hania ma w łapie jedzenie i ucieka przede mną, gubiąc co chwila jakiś smaczny kąsek. Mama często powtarza jej „nie uciekaj, przecież Nala Ci tego z rączki nie wyciągnie”, ale na szczęście Krewetka nie słucha i z piskiem radości ucieka dalej. Szczekam „na szczęście”, bo gdyby stała w miejscu, to nie gubiłaby co chwila tego, co gubi (okazuje się, że jednoczesny bieg i zaciskanie łapy na czymś też jest jeszcze poza jej zasięgiem).

Gdy tata wraca i wszyscy zjemy to, co mama nam powrzuca do misek– udajemy się na długi spacer. Najczęściej mały potwór ma przywilej poruszania się we własnym pojeździe, choć powoli zaczyna poruszać się po pozadomiu na własnych dwóch łapach. Po powrocie błogie lenistwo i chowanie się przed potworem, który o tej porze staje się naprawdę potworny. A gdy on wreszcie zasypia- mizianie, mizianie i mizianie z mamą, bo tata najpewniej coś w tym czasie tworzy. Potem jeszcze wyjście na siusiu, umyć łapki w kałużach i spać… Błogość… Niech to trwa jak najdłużej!

Ja kończę, bo czas na mizianie, ale macie jeszcze coś od tatusia:

Tarcze dart sizalowe
Lotki dart

A jeśli nie wiecie, jak zbudowane są lotki do darta, to jeszcze:
Budowa lotki dart

I to póki co tyle. Nie pytajcie mnie- ja naprawdę nie wiem, o co chodzi.

18
lut

Ehhh…

   Posted by: Nala

W sumie na tytule dzisiejszych wyszczeków mogłabym poprzestać, bo oddają one pełen obraz sytuacji… Uwierzcie- może być gorzej, niż było. Wiem to teraz, bo właśnie jest gorzej niż było. Zostałam przymusowo poddana kwarantannie. Siedzimy w domu, prawie nigdzie nie wychodzimy i (o zgrozo!) nikt nas nawet nie odwiedza. A wszystko przez to, że bezsierściasta część mojego stada jest chora. Cała trójca- mama, tata i Krewetka…

Początkowo wydawało się to nawet śmieszne, jak najpierw mama, potem tata, zaczęli próby szczekania. Myślę sobie- super, wreszcie chcą zrobić coś dla mnie i zacząć rozmawiać w moim języku, żebym nie musiała się więcej domyślać o co im chodzi. Bo, jak zapewne wiecie, język ludzki jest pełen zawiłości i ukrytych haczyków. I domyślaj się Goldenku, czy ze słów „trzeba wyjść z Nalą” masz odczytać, że „ogólnie, to czasem trzeba z nią gdzieś iść„, „pójdziemy gdzieś TERAZ”, „pójdziemy po filmie/pracy/obiedzie”…Podeszłam do sprawy entuzjastycznie. Mój entuzjazm osłabł nieco, gdy zaczęli naśladować takie wielkie psy z trąbami zamiast pysków, bo co to niby mi miałoby pomóc. Osłabł bardziej, gdy zaczęli się wylegiwać na swoim posłaniu. A dziś totalnie opadł, kiedy dołączyła do nich Krewetka, nawet nie próbując naśladować żadnej mowy, tylko drąc ryja wniebogłosy i marudzić przy każdej próbie kontaktu.

Zamknęłam się w sobie. Zamknęłabym w sobie też moje zabawki, ale nie wiedziałam jak. Zamknęłabym się chętnie gdzieś w budzie, razem z zabawkami, byle nie słyszeć tego, co dziś słyszałam, ale budy nie posiadam. Czerwony potwór, który stał się czarny, ma swój własny, najwłaśniejszy domek, z którego znów nawet nie korzysta. A mi- biednej istotce, która chętnie stałaby się posiadaczką cudownej w obecnych czasach samotni- nie należy się taki bonus. To niesprawiedliwe!

Leżąc spokojnie na fotelu, potem drugim, a potem na posłaniu rodziców; zasłaniając uszy łapami, a łapy ogonem– dokonałam fantastycznego odkrycia. Oni nie pracują! No- prawie nie pracują… Może po chorobie dalej nie będą tego robić? Ależ byłoby cudownie! Mój entuzjazm lekko podniósł pysk z podłogi i spogląda na nich pełnymi nadziei ślepiami. Ja robię to samo, choć mój pysk nadal najczęściej leży na podłodze, w nadziei, że tutaj dociera mniej krewetkowych odgłosów. Boję się sprawdzić, czy tak jest w rzeczywistości. Ale wreszcie pojawiło się światełko w tunelu!

P.S. Mimo nadziei na poprawę sytuacji, nadal jestem w stanie rozdygotania ogona. Jeśli coś jest dla Was niezrozumiałe, to pytajcie- może ja też siebie zrozumiem i jakoś przetłumaczę o co mi chodziło.