Mniej szczęśliwe wyszczeki

Dziś mam dla Was smutne wyszczeki. Bo i tematy, na które będę szczekać do szczęśliwych nie należą. Zacznijmy więc z grubej słomki, belki czy jak to tam było… Nad naszą rodziną zawisły zarazki i zarazkowiły tatę, mamę, a co najgorsze zarazkowiły również Krewetkę. Ja byłam na nie odporna, ale i tak nie byłam szczęśliwa, bo musiałam zmagać się z chorobą rodziny. Bo wiecie- to nie jest miłe, jak mama charczy Wasze imię, za tatę trzeba się wstydzić na dworze, bo mu z pyska coś cieknie, a krewetka tak w nocy marudzi, że spać nie można, mimo nakrycia głowy uszami, ogonem, łapami i czym jeszcze się da. Miło nie było, ale jakoś to przeżyliśmy. A przy okazji wyszło na jaw, że życie stało się odrobinkę sprawiedliwsze, niż przed przybyciem Krewetki. Wcześniej denerwowałam się, że jak rodzice są chorzy, to leczą się sami, a mnie z najmniejszą głupotką zaciągają do lekarza. I jeszcze dopóki mieszkaliśmy w Szczecinie, to nie było mi z tym źle, gdyż bardzo lubiłam moją panią doktor. Była miła i ładna. I to nie tylko moje zdanie, bo tatuś też tak uważał. A tutaj? Pan niedelikatny, zdaniem mamy- niedouczony (no bo jak można nie poznać, że jestem Goldenek na kota urok? Albo kazać mnie karmić resztkami z obiadu?), a gabinet pachnie strachem poprzednich pacjentów. Brrr… Na szczęście mamusia powiedziała, że poszukamy innego lekarza. Ale wracając do sprawiedliwości- Krewetynka również z najmniejszą głupotką leci do lekarza. Mało tego- ja jestem szczepiona raz w roku na różne choroby- ona od urodzenia była dziurawiona strzykawką już trzykrotnie, po kilka wkłuć na raz. A żyje o wiele krócej niż ja. Wnioski są następujące. Życie jest niesprawiedliwe nie tylko dla mnie, ale i dla Krewetki. Jest już zatem bardziej sprawiedliwe, niż niesprawiedliwe.

O ile na wspomniane zarazki mój kuper okazał się być odporny, o tyle nie jest on odporny na kleszcze, pomimo zastosowania anykleszczoodpornych, bardzo śmierdzących specyfików. Żeby mało było już samego braku odporności, to na dodatek trafiam na wyjątkowo wredne osobniki, które przysysają się nie do łap, kupra czy innych mało ważnych miejsc, tylko prosto w mordę. I jak ja niby mam patrzeć w lustro, gdy pół odbitego, pięknego obrazu, zniekształcona jest przez tą krwiożerczą bestię? Teraz chociaż wiem, czemu mama nosi bluzki- skoro krewetka jest do niej tak często przyssana, to musi ona (mama) być już całkowicie zniekształcona w miejscach przysysu i trzeba je koniecznie zakrywać… Na szczęście dla mnie dziadek okazał się prawdziwym kleszczousuwnym specjalistą i zawsze usuwa moich pasażerów na gapę, a w zasadzie na pysk.

Napisałabym Wam jeszcze parę rzeczy, niekoniecznie wesołych, ale chyba na jeden wyszczek wystarczy. I choć robię to z nieukrywanym żalem- dopuszczam teraz do głosu Krewetkę, bo bardzo chciała coś Wam napisać i drze o to ryja niemiłosiernie. Gotowi? No to uwaga!
/JHUKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKKO.9–.llllllllllllllllil0kpkllllllllllllllllll-l;;; b5vb                            j n t  rtt   yyyvvvvvvvvASA-P-                  GVGGGGGGGGGGG   DF N                                                                    T RFV DCCH KOIOIITCF                                            YTU2Wewx B BHBVVVVVVVVVVVVVVDWA 7F7F

Rozumiecie coś z tego? Bo ja nie, ale ona wygląda na zadowoloną…

Tatuś się wściekł

Tatuś się wściekł i to chyba na mnie niestety. Chcąc nie chcąc, wraz z pojawieniem się Krewetki/Hanutka_Mamutka/Cholery/Hani/Córusi itd, spadł na ojca obowiązek siusiania na dworze. To znaczy- mojego siusiania na dworze. Dość powiedzieć- musi ze mną wypełzać z domu.

Ja jednakże wiem, że tata jest spoko facet i krzywdy nie robi, oraz że to mama rządzi żarciem i domem (chociaż tata tak nie uważa) i że to jej trzeba się słuchać. Dlatego też spacery z tatą były fajne, bo wracałam do domu kiedy chciałam, jak chciałam, albo wręcz nie wracałam.

Do czasu- ojciec okazał się być bardziej pełnosprytny.

Zawsze byłam wołana „Nala CHODŹ„. No wiadomo- nie trzeba zawsze reagować, bo i po co. Zresztą tata nie jest ciekawy na dworze, bo tylko idzie i gapi się przed siebie- nic ciekawego. Piescy towarzysze są lepsi, nie? Na jednym ze spacerków usłyszałam jednak „Nala DO MNIE!„. Nie znam polecenia, ale tak jakoś czułam, że tata nie żartuje i jak się nie pojawię, to nie będzie kieszonkowego (na psi urok- przecież ja nie mam kieszonkowego!). W każdym razie moja pupa pojawiła się obok ojca i dostałam przysmak!

Nie byle jaki. Bo musicie wiedzieć, że kaszanka, szyneczka, kosteczki i inne jedzonko smakuje mi tylko w domu- na dworze nie jest ciekawe i zazwyczaj wypluwam to świństwo. Tata jednak znalazł TEN przysmak! Coś, za czym polazłabym na koniec świata i zrezygnowała z miziania w „perfumach”. Nie zdradzę tu co to, aby nie robić reklamy.

Dostałam więc nagrodę. Gdy następnym razem usłyszałam „Nala do mnie” to biegłam, aby dostać smakołyk. Po kilku dniach okazało się, że po przybiegnięciu muszę jeszcze usiąść, aby napełnić brzusia.

Tak właśnie tata mnie przechytrzył (a przynajmniej tak mu się wydaje) i słucham się go na spacerach.

Spacery są teraz przyjemniejsze, dłuższe, ja dostaję to co lubię, a tata jest zadowolony i wieczorem mnie mizia. Więc wygrałam na czysto. Ale co tu dużo mówić- jestem kobietą, a żaden facet z kobietą nie ma szans- to fakt.

I kto był sprytniejszy?

Polecam: jak skutecznie nauczyć psa wracania na zawołanie

L