Archive for Marzec, 2010

10
Mar

Szczęśliwy koniec

   Posted by: admin    in Hauchiwum

Szczęśliwy koniec

Przeżyłam! No może jeszcze nie na sto procent, ale tak na trochę mniej. I tata jakoś przeżył. Nawet krewetka ma się całkiem dobrze, jak na ostatnie przejścia. A to wszystko przez głupie zachcianki mamy…

Pamiętacie, jak pisałam, że zachciało się jej nowych mebelków? No i te mebelki tatuś jej kupił. Problem w tym, że mieli je dostarczyć w zeszłym tygodniu, a tu jakieś opóźnienie wyszło i kuper blady- żyjemy sobie w opisywanym przeze mnie wcześniej rozgardiaszu… I nie byłoby w tym nic złego, bo nawet śmiesznie było, jak nie mogliśmy nic znaleźć, a po małym pokoiku można było poruszać się jedynie wąską ścieżką pomiędzy wszystkimi naszymi rzeczami, prowadzącą od wejścia do łóżka. Gdyby nie mama…

Bo musicie wiedzieć, że nigdy nie mamy w domku idealnego porządku. Mamie nie raz nie chce się zmywać czy odkurzać, tata z lubością rozsiewa swoje rzeczy po całym domu. Ja rozmnażam swoje zabawki, znalezione papierki i patyczki przytargane z dworu, a przede wszystkim szybko pozbywam się mego wierzchniego okrycia, bo przecież wiosna idzie, oraz brudku z tegoż okrycia, który się przyczepił podczas spacerku. Do tego wszędzie można znaleźć jakieś ślady krewetkowej bytności w postaci zabawek (z których czasem korzystam, bo są takie przytulaśne i kolorowe), różnych kosmetyków (od których uciekam, bo śmierdzą niemiłosiernie), oraz pewnych bliżej niezidentyfikowanych pakuneczków, które raczej są szybko wyrzucane, ale gdy krewetka płacze- zdarza im się leżeć w różnych dziwnych miejscach. Pakunki te są dla mnie prawdziwą zagadką. Pachną bardzo zachęcająco. Niemniej jednak widziałam, że pochodzą spomiędzy tylnych odnóży krewetkowych, a z doświadczenia wiem, że to co jest pod ogonem nie nadaje się do zabawy. Ale wracając do naszego domku: mamie nie przeszkadza ten nasz bałagan, o ile jest on mniej więcej uprzątnięty, minimum raz na trzy dni. Od dziwnych przemian w domu nie można było nic uprzątnąć, nawet mniej niż więcej, a ponadto minęło od tego czasu znacznie więcej niż trzy dni…

Mama zaczęła szaleć. Jest rozdrażniona i taka jakaś inna. Bezsensownie denerwuje się, że tata nie odkłada nic na swoje miejsce. Tak jakby kiedykolwiek to robił… Poza tym ciężko odłożyć na swoje miejsce coś, co swego miejsca chwilowo nie ma. Złości się na mnie, że niby kręcę się pod nogami… A przecież, tak jak z resztą zawsze, ja tylko grzecznie sobie idę obok niej i patrzę co robi. Bo może właśnie idzie pokroić mięsko na obiad, albo wyciąga coś innego z lodówki? Nawet do krewetki nie ma cierpliwości i do taty właśnie powróconego z pracy mówi, że dobrze, że już jest, bo już miała myśli mordercze. A przecież nie działo się nic innego niż co dzień- krewetka darła ryja jak zwykle i jak zwykle trzeba było przebierać i ją i mamę, bo coś wylatywało z różnych otworów jej ciała. Swoją drogą to też zagadka, jak z tak małego ciałka może tyle wylatywać?

Na szczęście nasza gehenna dobiega końca. Dzwonił dziś mebelkowy pan i powiedział, że jutro będziemy mieli nasze mebelki w domku. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak szybko kobiety zmieniają nastawienie do świata! Od momentu usłyszenia tej wiadomości mama jest uśmiechnięta. Szybko ogarnęła to, co dało się ogarnąć (poszło szybko, bo mało dało się zrobić), pobawiła się ze mną i nie zdenerwowała za przewrócenie jej ulubionego kwiatka. Na rozdarcie ryja po przebudzeniu Hani zareagowała śmiechem, po czym uspokoiła ją śpiewem, zmieniła międzyodnóżowy pakunek, przebrała ją i siebie ze stoickim spokojem, po czym zadokowała ją przy sobie w celu umożliwienia jej wysysania dziwnej cieczy i zasnęła z uśmiechem na ustach. Słowem- ekspresowy powrót do normalności.

Przeżyliśmy…

2
Mar

Rozgardiasz

   Posted by: admin    in Hauchiwum

Rozgardiasz

Ostatnie dni minęły nam na świrowatych papierach, tak że nie raz nie było wiadomo w co najpierw kuper wsadzić. A wszystko zaczęło się dawno temu od pomysłu rodziców, aby powiększyć stado. Pomysł ten pociągnął za sobą faktyczne powiększenie stada, a co za tym idzie- powiększenie zasobu rzeczy, które trzeba gdzieś przechowywać. Przechowywano je więc w różnych kątach i zakamarkach naszego domku, aż w końcu mama się wpieniła i stwierdziła, że nowe mebelki mają być i… i tu użyła brzydkiego słowa, którego przytaczać nie będę. W każdym razie tata spuścił uszy po sobie, ręce razem z nimi i zaczął więcej pracować. Wprawdzie nie wiem jak jego praca ma się do nowych mebli, ale wnikać w to nie zamierzam. Zmierzam natomiast do tego, że w zeszłym tygodniu rodzice wspomniane mebelki zamówili i tutaj zaczęła się cała zabawa.

Mebelki, które były w nieużywanym dotąd pokoiku (który ma być dla Hani, co znów obrazuje rodzicową niesprawiedliwość, bo ja swojego pokoiku nie mam…) zostały wyrzucone, a rzeczy z nich wyłożone na środek pomieszczenia. Mebelki z używanego pokoiku poszły na nogach taty i dziadka do tego nieużywanego, a rzeczy z nich wylądowały również na jego środku. Duży pokoik zyskał nową sierść wymienną i w zasadzie niewiele więcej, bo pozostała w nim jedynie kanapa. No i komputerek. Żeby tego było mało- nie zważając na przeciążenie nieużywanego dotąd pokoiku, rodzice postanowili w nim również spać, bo nowa sierść wymienna tego używanego śmierdzi i mogłoby to zaszkodzić krewetce (no tak- a ja muszę siedzieć w smrodzie, jeśli chcę dla Was poszczekać…). A stary pokoik został sam, biedny i samotny… Czekający na nowych towarzyszy.

Żyjemy chwilowo w totalnym chaosie. Nie mogę znaleźć większości swoich zabawek, więc bawię się zabawkami krewetki. Mama mi je zabiera i chowa gdzieś, gdzie potem sama nie może ich znaleźć i musi zajmować tą śmieszną istotę innymi sposobami. Tata zgubił wnętrze aparaciku, więc nie są robione nowe zdjęcia. Zaginęły w akcji również jego buty, spodenki, ważne notatki i parę innych rzeczy. Choć ja osobiście nie zrzucałabym tego na panujący w domu chaos, tylko charakter tatusia (bo on często coś gubi). Nie zamierzam jednak donosić o tym mamie, która wierzy tatusiowi, że to chodzi jednak o ten bałagan i dzielnie pomaga mu zgubionych rzeczy szukać… Ostatnio nawet zagubiła się moja smycz, przez co nie mogłam iść z rodzicami na spacer do dziadków. Na szczęście szybko się znalazła, bo drugi dziadek robił imieninową imprezę, na którą wszyscy byliśmy zaproszeni.

Impreza ta też była czystym szaleństwem. Nigdy jeszcze nie widziałam takiego zagęszczenia bezsierściowców w żadnym z domków, w których przyszło mi przebywać. Nie wystarczyłoby mi pazurków, by policzyć ilu było osobników dorosłych (zakładając oczywiście, że umiałabym liczyć). Małych bezsierściowców też było sporo, a do tego biegały i krzyczały, robiąc zamieszanie, jakby było ich więcej niż dużo. Za nimi biegał Harris, za Harrisem ja. A na to wszystko jeszcze krewetka dołożyła swoje trzy złotówki drąc ryja niemiłosiernie, jak tylko na chwilę oddalano się od niej. Na szczęście cioci podobało się siedzenie obok tego głośnego ssaka maminego, więc wspomniany już ryjek nie był rozdzierany zbyt często. Jednak i tak powróciłam do domku zmęczona hałasem i marząca o chwili wytchnienia. A w domku, jak już wiecie, też zastałam chaos. I z wytchnienia nici…

A ja chcę się wreszcie porządnie wyleniuchować!

Strona 2 z 212