Archive for the ‘Hauchiwum’ Category

23
lis

O nowych znajomych

   Posted by: admin

O nowych znajomych

Znów bardzo długo do Was nie szczekałam i znów nie mam absolutnie nic na swoje usprawiedliwienie. No może oprócz powrotu mojego przyjaciela lenia… Ale jak wiecie- ja kocham każdego (także wspomnianego lenia) i skoro on powrócił- nie mogłam go pozostawić samemu sobie. Zatem przez większość minionych dni, razem z mamą dotrzymywałyśmy mu towarzystwa w łóżku, na fotelach, a czasem i na podłodze. Z miny taty wynikało, że bardzo nam zazdrości harców z leniem i chętnie by się przyłączył, ale biedak ma ostatnio dużo pracy, w związku z czym zaniedbuje kontakty towarzyskie z naszym często powracającym gościem. Dobrze, że i ja i mama, mamy dużo cierpliwości i zajmujemy się nim z nawiązką jeszcze za tatę. Wdzięczności w oczach ojca jednak nie zaobserwowałam

Zaobserwowałam jednakże, że w okolicach naszego nowego domku mieszka bardzo dużo piesków. Na nieszczęście większość z nich wychodzi na podwórko jak my mamy pełne łapki roboty z zabawianiem naszego częstego gościa, albo jak szykujemy jedzonko, albo jak odpoczywamy po szykowaniu jedzonka i jedzeniu. Udało mi się jednak poznać paru z nich. Z niektórymi wymieniłam tylko  grzecznościowe powąchiwania, inni dali mi jasno do zrozumienia, że na bliższe relacje z nimi nie mam co liczyć (że niby za duża jestem czy jakoś tak, ale nie wiem o co naprawdę im chodziło, bo to przecież oczywiste, że jestem całkiem malutka…szczególnie po ostatnim schudnięciu…). Znalazła się też grupa piesków, z którymi szybko przełamaliśmy pierwsze lody i rozpoczęliśmy szaleńcze ganianie dookoła poddomowego placu zabaw dla małych i większych bezsierściowców. Szkoda tylko, że jak dla mnie, to trochę za szybko biegali i często musiałam krzyczeć, żeby zwolnili, jeśli nie chcą, żebym całkiem straciła ich kupry z zasięgu wzroku. Mam nadzieję, że nowe znajomości będą się ciekawie rozwijały.

Nadzieję mam również na poznanie wspomnianych już małych bezsierściowców, bo jak się okazuje- ich też jest tutaj pełno. Cieszę się, bo mali bezsierściowcy są przemiłymi kompanami zabaw i nie biegają tak szybko jak pieski. Nie muszę się więc martwić, że gdzieś mi uciekną. Poza tym są tak fajnie nieporadni i śmiesznie się poruszają, że na widok ich harców aż mi się mordka sama uśmiecha. Mama też się cieszy, że jest ich dużo, bo mówi, że przynajmniej jej szczenię będzie miało z kim się bawić. Phi! Zupełnie, jakbym ja jej do tego nie wystarczała! Ale spoko, spoko- już ja je zagarnę tylko dla siebie. Niech no tylko wylezie w końcu z maminego brzucha! No, chyba że w tym czasie znów odwiedzi nas leń, to będzie musiało radzić sobie samo. Bo wątpię, żebym ja, a tym bardziej mama, zrezygnowała z wylegiwania się na kanapie, na rzecz zajmowania się nieporadnym bezsierściowcem…

15
lis

No i stało się!

   Posted by: admin

No i stało się!

Mieszkamy teraz w nowym domku, zupełnie sami, a bezsierściowcy, z którymi spędzaliśmy niegdyś dużo czasu- teraz tylko wpadają na chwilę, miziają mnie, wypijają różne płyny z kubków, szklanek, tudzież kieliszków i znów zostawiają nas samych. Jest nas teraz trzechipół– ja, tata, mama i mamy brzuch. Czasem tatuś twierdzi, że mamy brzuch jest również jego brzuchem, ale ja wiem, że to nie jest prawdą. W końcu brzuch nosi tylko mama i ani na chwilę nie pożycza go do ponoszenia tacie. Zatem brzuch jest jej własnością, a tata znów próbuje sobie przywłaszczać cudze rzeczy. Tak, jak próbował zabrać mi żabkę, mamie komputerek, dziadkowi piwko i parę innych rzeczy paru innym bez- i sierściowcom, ale nie będę się o tym rozpisywać.

Ważne, że znów mam rację, bo ostatnio zaczęłam już wątpić w moją mądrutkość. Pamiętacie, jak mówiłam, iż wiem, że rzeczy nie mogą się ot tak zmaterializować w miejscach, gdzie wcześniej ich nie było? Okazało się, że była to nie całkiem prawdziwa prawda. Widziałam bowiem, że owszem- część rzeczy do nowego mieszkanka została własnoręcznie wniesiona tam przez rodziców (głównie tatusia) oraz pomagających im bezsierściowców. Wnoszenia reszty nie byłam jednak świadkiem, a wiedząc że rodzice nie robią niczego ważnego beze mnie, nasuwa się jedyny słuszny wniosek- te rzeczy autentycznie zmaterializowały się tam same. To podkopało trochę moją wiarę w wielkość i jasność mego goldenkowego umysłu. Dodajcie do tego jeszcze zdezorientowanie i niepokój spowodowane nastającymi zmianami a dojdziecie do wniosku, że powinnam już popaść w głęboką depresję…

Ale zaraz, zaraz! Jestem przecież dużą i mądrą dziewczynką. Trochę panikuję- owszem. Ale wiem, że rodzice mnie kochają i nie pozwolą, by stało mi się coś złego. Postanowiłam wziąć się w garść i być dalej szczęśliwym pieskiem. Próbowałam z tą garścią cały dzisiejszy poranek, ale moja łapka okazała się zbyt mała, żeby objąć nią całą mą osobę. Okazała się także równie niezdolna do zaciśnięcia w garść chociażby samej siebie. Ugryzłam się więc w kuper i wyruszyłam na wycieczkę po mieszkanku w celu odszukania idealnego dla siebie miejsca. Znalazłam. Potem poszłyśmy z mamą na długi spacer i zauważyłam, że pobliska łąka jest jeszcze bardziej goldenkowa od tej babcinej. Po powrocie zanotowałam jedzonko w mojej miseczce, moje posłanko w całkiem interesującym miejscu mieszkanka (z widokiem na większość domku,  blisko łóżka rodziców, które szybko stało się miejscem również mojego odpoczynku), oraz wszystkie moje ulubione zabawki. Stwierdziłam więc, że czas przestać okazywać moje niezadowolenie ze zmian, bo może nie są one wcale powodem do niezadowolenia?

Powoli wraca mi humor. Zauważyłam też poprawę nastroju mamy, która wcześniej martwiła się moim nastrojem, co z kolei utwierdziło mnie w przekonaniu, że postępuję słusznie. Bo przecież nie lubię, jak rodzice są smutni… Kończę więc tą dzisiejszą opowieść i idę do nich pokazać, że już wszystko w porządku. Bo przecież nawet jeśli wolałabym, żeby to wszystko wyglądało trochę inaczej, to przecież najważniejsze, że jesteśmy razem i możemy na sobie polegać!