Archive for the ‘Hauchiwum’ Category

22
mar

Prośby

   Posted by: admin

Prośby

Postanowiłam poruszyć temat próśb, bo w nich, a w zasadzie w ich spełnianiu, zauważyłam kolejną, rażącą niesprawiedliwość. Bo widzicie- prędkość i sposób spełniania próśb zależy od tego kto prosi, kogo prosi i jak prosi. A największe różnice w tym zakresie są widoczne, gdy różni członkowie naszego stada proszą o coś mojego tatusia. Przykładowo- moja mama, chcąc od tatusia czegoś, na co on nie ma ochoty- głaszcze go delikatnie, szepnie coś do ucha i po chwili ma to, o co prosiła. Jeszcze łatwiej ma krewetka, bo ona w ogóle nie cacka się z nikim. Jak czegoś chce, to rozdziera japę najgłośniej jak jej wybrakowany, bezzębny pysk pozwala i ekspresowo dostaje to o co prosiła. A czasem nawet dużo więcej, bo tatuś nie zawsze wie o co jej chodzi i daje różne rzeczy, aż w końcu trafi na tą przez którą był cały wrzask. A ja? A ja mogę prosić i błagać i na uszach stawać, a nadal nie mam własnego laptopa, czerwonego potwora i pokoiku.

Ostatnie dni spędziłam na błaganiu tatusia o umieszczenie nowych zdjęć w moim pamiętniczku, bo sama nie potrafię, mama nie umiała mi pomóc, a tatuś przejawiał objawy lenia giganta. W końcu udało mi się i możecie podziwiać wiele moich nowych kuprów w mojej galerii. Ale ile to czasu zajęło… Zajęło go tyle, że aż nie miałam kiedy do Was szczekać, bo w krótkich chwilach pomiędzy proszeniem taty musiałam wypełniać moje domowe obowiązki. O ile prościej byłoby, gdyby mama powiedziała mi co szepcze tacie na ucho! Ale powiedzieć nie chce, bo twierdzi, że za młoda jestem. Albo, gdybym nie miała zębów i potrafiła rozedrzeć paszczękę tak, jak krewetka! Ale me ząbki są goldenkowe i nie chcą mnie porzucić, bo wiedzą, że na dłuższą metę tęskniłabym za nimi. Jestem więc skazana na mozolne wypraszanie każdej rzeczy. Dobrze, że chociaż udawanie konieczności wysiusiania się czy też wytegogrubszegowania działa i wychodzę z tatą na dwór zawsze, gdy mam na to ochotę.

A teraz może jeszcze słowo o tym, co działo się u nas od ostatniego szczekania:
Mieliśmy dużo gości i sami dużo gościliśmy u innych. Nasze mieszkanko całkowicie nadaje się już do mieszkania w nim, choć mamusia już wymyśliła milion rzeczy do poprawy, przez co tata stracił trochę swojej głowowej sierści. Twierdzi, że od myślenia, jak ma na to zarobić, choć z mamą przypuszczamy, że ją sobie powyrywał. Tata zaczął biegać, ja zaczęłam biegać szybciej, przez co dwukrotnie rozwaliłam sobie łapkę i musiałam nosić na niej krewetkowe skarpetki. Krewetka wierci się coraz bardziej i zaczyna dziwnie gadać (jakby nie mogła gadać po ludzku, żeby ją można było zrozumieć…). Bez zmian tylko u mamy- leży na kanapie z krewetką, czasem coś posprząta i denerwuje się, że nie ma czasu dla siebie, że brzuch jej nie chce spadać i że w mieszkanku nie ma jeszcze wszystkiego tego, co jej zdaniem być powinno. A przecież nie ma się co dziwić- skoro cały dzień leniuchuje, to nic samo się nie zrobi!

No i na koniec- cztery dni temu skończyłam dwa latka! I co? I nic!… Nie dość, że absolutnie nic się nie zmieniło, to jeszcze musiałam domagać się urodzinkowych miziań, bo rodzice o mnie zapomnieli. Ani tortu nie dostałam, ani żadnej zabawki… Było mi przykro. Na szczęście, gdy już sobie o mnie przypomnieli- wymiziali mnie dokładnie i obiecali, że w święta mi to wszystko wynagrodzą. Teraz czekam na to z niecierpliwością.

Pozdrawiam Was serdecznie i do poszczekania!



10
mar

Szczęśliwy koniec

   Posted by: admin

Szczęśliwy koniec

Przeżyłam! No może jeszcze nie na sto procent, ale tak na trochę mniej. I tata jakoś przeżył. Nawet krewetka ma się całkiem dobrze, jak na ostatnie przejścia. A to wszystko przez głupie zachcianki mamy…

Pamiętacie, jak pisałam, że zachciało się jej nowych mebelków? No i te mebelki tatuś jej kupił. Problem w tym, że mieli je dostarczyć w zeszłym tygodniu, a tu jakieś opóźnienie wyszło i kuper blady- żyjemy sobie w opisywanym przeze mnie wcześniej rozgardiaszu… I nie byłoby w tym nic złego, bo nawet śmiesznie było, jak nie mogliśmy nic znaleźć, a po małym pokoiku można było poruszać się jedynie wąską ścieżką pomiędzy wszystkimi naszymi rzeczami, prowadzącą od wejścia do łóżka. Gdyby nie mama…

Bo musicie wiedzieć, że nigdy nie mamy w domku idealnego porządku. Mamie nie raz nie chce się zmywać czy odkurzać, tata z lubością rozsiewa swoje rzeczy po całym domu. Ja rozmnażam swoje zabawki, znalezione papierki i patyczki przytargane z dworu, a przede wszystkim szybko pozbywam się mego wierzchniego okrycia, bo przecież wiosna idzie, oraz brudku z tegoż okrycia, który się przyczepił podczas spacerku. Do tego wszędzie można znaleźć jakieś ślady krewetkowej bytności w postaci zabawek (z których czasem korzystam, bo są takie przytulaśne i kolorowe), różnych kosmetyków (od których uciekam, bo śmierdzą niemiłosiernie), oraz pewnych bliżej niezidentyfikowanych pakuneczków, które raczej są szybko wyrzucane, ale gdy krewetka płacze- zdarza im się leżeć w różnych dziwnych miejscach. Pakunki te są dla mnie prawdziwą zagadką. Pachną bardzo zachęcająco. Niemniej jednak widziałam, że pochodzą spomiędzy tylnych odnóży krewetkowych, a z doświadczenia wiem, że to co jest pod ogonem nie nadaje się do zabawy. Ale wracając do naszego domku: mamie nie przeszkadza ten nasz bałagan, o ile jest on mniej więcej uprzątnięty, minimum raz na trzy dni. Od dziwnych przemian w domu nie można było nic uprzątnąć, nawet mniej niż więcej, a ponadto minęło od tego czasu znacznie więcej niż trzy dni…

Mama zaczęła szaleć. Jest rozdrażniona i taka jakaś inna. Bezsensownie denerwuje się, że tata nie odkłada nic na swoje miejsce. Tak jakby kiedykolwiek to robił… Poza tym ciężko odłożyć na swoje miejsce coś, co swego miejsca chwilowo nie ma. Złości się na mnie, że niby kręcę się pod nogami… A przecież, tak jak z resztą zawsze, ja tylko grzecznie sobie idę obok niej i patrzę co robi. Bo może właśnie idzie pokroić mięsko na obiad, albo wyciąga coś innego z lodówki? Nawet do krewetki nie ma cierpliwości i do taty właśnie powróconego z pracy mówi, że dobrze, że już jest, bo już miała myśli mordercze. A przecież nie działo się nic innego niż co dzień- krewetka darła ryja jak zwykle i jak zwykle trzeba było przebierać i ją i mamę, bo coś wylatywało z różnych otworów jej ciała. Swoją drogą to też zagadka, jak z tak małego ciałka może tyle wylatywać?

Na szczęście nasza gehenna dobiega końca. Dzwonił dziś mebelkowy pan i powiedział, że jutro będziemy mieli nasze mebelki w domku. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak szybko kobiety zmieniają nastawienie do świata! Od momentu usłyszenia tej wiadomości mama jest uśmiechnięta. Szybko ogarnęła to, co dało się ogarnąć (poszło szybko, bo mało dało się zrobić), pobawiła się ze mną i nie zdenerwowała za przewrócenie jej ulubionego kwiatka. Na rozdarcie ryja po przebudzeniu Hani zareagowała śmiechem, po czym uspokoiła ją śpiewem, zmieniła międzyodnóżowy pakunek, przebrała ją i siebie ze stoickim spokojem, po czym zadokowała ją przy sobie w celu umożliwienia jej wysysania dziwnej cieczy i zasnęła z uśmiechem na ustach. Słowem- ekspresowy powrót do normalności.

Przeżyliśmy…