Archive for the ‘Hauchiwum’ Category

14
gru

Mądrość świata

   Posted by: Nala

Obserwując pozadomie stwierdzam, że jest to bardzo mądre miejsce. Wszystko jest jakieś takie logiczne i poukładane. Jedno pasuje do drugiego, wynika z trzeciego i pociąga za sobą czwarte. Piąte też dorzuci swoje trzy grosze, a szóste to już nie ma się czym wpasować i jest smutne, ale to w sumie jego problem.

Wystarczy spojrzeć za okno- od kiedy zrobiło się niegoldenkowo wręcz zimno, chmurki zaczęły wysypywać śnieg, dzięki czemu krzaczki, drzewka, domki i różnokolorowe czerwone potwory zyskały ciepłe, puchowe pierzynki. Mój kuper też poczuł chłód i kazał rosnąć sierści. A ta- zazwyczaj nieokiełznana i dzika, bez szemrania spełniła kuprową zachciankę. Śnieg jest wręcz idealny do hasania, a hasanie powoduje przegrzanie goldeniego organizmu. Pozadomie pomyślało i o tym- sprawiło, że śnieg sam w sobie jest chłodny (mimo, iż jako pierzynka jest ciepły), dzięki czemu organizm się wychładza. W związku z tym, po powrocie do domu rodzicie nie muszą mnie polewać zimną wodą dla ochłody. I dobrze- bo w łapy zimno.

Dzięki nadejściu mrozów nauczyłam się, że jedyną metodą wywierania wpływu na rodziców jest strajk. Bo widzicie- naszemu czerwonemu potworowi, który stał się ciemny chyba też było zimno w łapy. Ma on niedaleko swój własny, najwłaśniejszy domek (czego zresztą zazdroszczę mu od poprzedniej zimy), ale rodzicom nie chciało się go tam zaprowadzić. A sam chyba bał się iść, bo tam trochę ciemno jest. W każdym razie marzł biedak, pomimo puchowej kołderki, aż w końcu nie wytrzymał. Pewnego ranka, gdy rodzice chcieli jechać na zakupy, czerwony potwór, który stał się ciemny kategorycznie odmówił zaryczenia, a tym bardziej pobiegnięcia do sklepu. Dzięki temu heroicznemu czynowi rodzice musieli iść do sklepu na własnych łapach, a od tego pamiętnego dnia co wieczór zaprowadzają potworka do jego domku.

Jako, że nowe jedzonko niezbyt mi smakuje, postanowiłam iść za przykładem potwora i przeprowadzić strajk. Głodowy. Rodzice się nie ugięli (widać jedyna słuszna metoda wywierania wpływu działa tylko, jeśli jesteś czerwonym potworem, który stał się ciemny). Dalej szamam niedobre jedzenie, ale w mniejszej ilości. Za to więcej żebrzę, gdy jesteśmy u babć. Bo w domu to mi raczej mało skapnie, chyba że Krewetka ma dobry humor i dzieli się posiłkiem z bliźnimi (czytaj: ze mną). W sumie, to Krewetka dość często się ze mną dzieli. Nie wiem czy jest to skutkiem  faktycznej chęci podzielenia się z siostrą, czy też niesprawności jej śmiesznych, fajtłapowatych odnóży, ale nie jest to ważne. Ważny jest efekt. A ten jest przeważnie bardzo smakowity!

4
gru

Uczucia do Krewetki

   Posted by: Nala

Wiedziałam, że dla Krewetki trzeba być miłym, bo to takie malutkie, bezbronne stworzenie, nie potrafiące się poruszać, komunikować, czy chociażby jeść normalnie. I byłam miła, mimo iż zabierała mi miłość i uwagę rodziców, długie spacerki z mamą, szalenie wieczorami za piłką oraz połowę miejsca w czerwonym potworze, który stał się czarny. Teraz jednak ponownie odkrywam, że świat jest niesprawiedliwy. Bo wiecie- warunki umowy się zmieniły- Krewetka już nie jest taka mała, ani bezbronna, rusza się całkiem dziarsko, wrzeszczy wniebogłosy i żre jak małe prosie, a ja nadal muszę być miła. Stwierdziłam także, że jednak jestem głupiutkim stworzeniem, bo ja nie tylko nadal muszę być dla niej miła- ja chcę być dla niej miła. Mimo, iż wyżera mamie najlepsze kąski kanapek i obiadków (które kiedyś trafiały całe do mnie, a teraz tylko ich połowa), wyrywa mi futro i pcha łapy do oczu (dobrze, że mama czuwa, bo inaczej chodziłabym z przepaską, jak jakiś pirat z krabów, czy jak to tam było), kradnie zabawki i powarkuje na mnie- i tak kocham tą śmieszną, nieusierścioną mordę.

Uwielbiam te chwile, kiedy ona, mama i ja leżymy na podłodze, depczemy po sobie, szczekamy i drapiemy kupry. A potem bierzemy piłeczki, maskotki, ringi i inne cuda i wpychamy je sobie do pysków, rzucamy pod łapy i biegamy za nimi jak lekko nienormalny pies za własnym ogonem. Szkoda tylko, że Krewetka nie porusza się na tyle sprawnie by mogła ze mną pobiegać na dworze. Bo spadł taki śliczny, mięciutki, bardzo biały i smaczny śnieg. Sięga mi prawie do brzucha, okleja łapy, tworzy białą brodę przy pysku, a do tego, w razie potrzeby, gasi pragnienie i doskonale amortyzuje moje dzikie hasania, które powinny być trochę oddziczone z uwagi na moje stawy… Ze względu na temperaturę, panującą na zewnętrzu domku, która sprawia, że śnieg wydaje przecudowne dźwięki, gdy się po nim dzikohasuje– Krewetka wychodzi jedynie do czerwonego potwora, który stał się czarny i w nim przemieszcza się do punktu docelowego. Przy tym, wyjście takie poprzedzają bardzo długie przygotowania, podczas których nieusierściony pysk krewetkowy smarowany jest śmierdzącym sztucznym tłuszczem, nieusierścione ciało zakrywane wieloma warstwami sztucznej sierści wymiennej, a końcówki odnóży opakowywane w coś o bliżej niezdefiniowanym kształcie. W sumie, to nie dziwię się, że Krewetka porusza się jedynie w czerwonym potworze- w całym tym opakowaniu nakładanym podczas przygotowań przedwymarszowych biedaczka ledwo stoi i wygląda jak skrzyżowanie Terminatora z Predatorem. Nic dziwnego więc, że nie może się normalnie poruszać. A wystarczyłoby, żeby jej sierść wyrosła i nie byłoby problemu. Ale w sumie- przy częstotliwości kąpieli serwowanych jej przez rodziców żadna sierść nie ma prawa wyrosnąć- za dużo detergentów. Czemu o tym nie pomyśleli?

Chociaż nie- na pewno pomyśleli, tylko boją się, że jak nie wykąpią jej każdego dnia, to będzie rozsiewała jeszcze gorszą woń niż teraz. Bo wiedzie- takie Krewetki okropnie śmierdzą jakimś szamponem, balsamem, oliwką czy Szarik wie czym jeszcze. Tylko- skoro nie chcą, żeby tak śmierdziała, to po co po każdej kąpieli z powrotem ją tym wszystkim zaśmierdzają? Eh… pokrętna ludzka logika…