Golden Retriever i dni pełne wrażeń
Witajcie kochani!
Zastanawialiście się pewnie, dlaczego ostatnio moje opowiadania były inne od innych opowiadań. Myśleliście, że już nie chce mi się dla Was szczekać, albo inne takie, ale nic z tych rzeczy! Po prostu moi rodzice zrobili mi niespodziankę i wykorzystując długi weekend i parę innych dni zabrali mnie do babci i dziadka. A stamtąd zabierali mnie jeszcze do drugiej babci i drugiego dziadka i cioci Asi i cioci Gosi, wujka Adama i Luny. Luna, jeśli jeszcze nie wiecie, to Luna to Labrador Retriever. Ja jestem Golden Retriever, ale to powinniście już wiedzieć. Wracając- byliśmy jeszcze u dziadków moich rodziców, gdzie kradłam orzechy, i u wujostwa z którymi byliśmy razem na biwaku (w słoneczną porę roku).
Tam spotkałam znajomego bezierściowca- Natalkę, która dała mi piłeczkę (chciałam się z nią podzielić, więc zabrałam się za rozmnażanie tej piłki, ale jak już to zrobiłam, to mama zabrała mi wszystkie nowe piłeczki. Zawsze musi pokrzyżować mi plany i wychodzę przez nią na samoluba!), a potem dała mi pluszową kaczuszkę. Rodzicom i wujostwu chyba się spodobała, ale nie zrozumiałam dlaczego. W każdym razie posadzili mi ją na plecach i śmiali się, że „kaczka zeszła na psy” i że to aspekt polityczny, czy coś… Może Wy zrozumiecie, bo ja niezbyt kwakam… yyy… kumam! Ale to nieważne. Ważne jest to, że poznałam tam zupełnie nowego, zupełnie małego bezsierściowca. Ma na imię Klaudia i ma ponoć 3 tygodnie. Bardzo ładnie pachniała, ale nie chciała się ze mną bawić. Patrzyła tylko na mnie i wydawała dziwne dźwięki. Nie mówiła nic, ale mama powiedziała, że to normalne, bo jest jeszcze za malutka. No właśnie mi też się wydawało, że za szybko ją wzięli do domku. O ile dobrze pamiętam, to ja miałam 8 tygodni jak mnie rodzice wzięli, a to dużo więcej niż 3 tygodnie, prawda? Ciekawe, która hodowla wykazała się taką niekompetencją. Ale jak będą ją karmić dobrą, psią karmą i bardzo kochać, to wyrośnie na całkiem zdrowego i poradnego bezsierściowca.
Wracając do sprawozdania z wycieczki- było mnóstwo, bardzo mnóstwo gryzienia z Luńcią. To było cudowne. A raz nawet byłyśmy z Luną na wspólnym spacerku, gdzie urządziłyśmy sobie gryzonko w błotku. Nasi rodzice śmiali się, że wyglądamy jak błotne potwory, więc ich też pobłotkowałyśmy. A potem kąpałyśmy się w tej wielkiej wannie na podwórku. Tej, co stoi wśród drzewek. Rodzice znów się śmiali, ale tym razem nie udało się ich zakąpać z nami. Korzystałam z tej wanny jeszcze dwukrotnie na spacerkach z samymi rodzicami i też było cudownie. Jednak cudowniej było oczywiście z Luną, bo oprócz przyklejania się wody do kuperków, przyklejałyśmy też do nich swoje ząbki.
Widzicie zatem, że miałam bardzo dużo wrażeń (więcej, niż Golden Retriever by się spodziewał) i po prostu sił mi nie wystarczało, żeby na koniec dnia to wszystko Wam opisać. Pomagali mi zatem moi rodzice. A jak już się zapewne przekonaliście- jak oni wtrącają coś od siebie, to opowieść nie jest już całkiem goldenkowa, tylko trochę goldenkowa. Ja też to zauważyłam, w związku z czym obiecuję Wam poprawę i jak najrzadsze korzystanie z ich pomocy.
P.S. W galerii zdjęć znajdziecie znów pełno moich podobizn!
Szczeknij do mnie!