No i stało się!

Mieszkamy teraz w nowym domku, zupełnie sami, a bezsierściowcy, z którymi spędzaliśmy niegdyś dużo czasu- teraz tylko wpadają na chwilę, miziają mnie, wypijają różne płyny z kubków, szklanek, tudzież kieliszków i znów zostawiają nas samych. Jest nas teraz trzechipół– ja, tata, mama i mamy brzuch. Czasem tatuś twierdzi, że mamy brzuch jest również jego brzuchem, ale ja wiem, że to nie jest prawdą. W końcu brzuch nosi tylko mama i ani na chwilę nie pożycza go do ponoszenia tacie. Zatem brzuch jest jej własnością, a tata znów próbuje sobie przywłaszczać cudze rzeczy. Tak, jak próbował zabrać mi żabkę, mamie komputerek, dziadkowi piwko i parę innych rzeczy paru innym bez- i sierściowcom, ale nie będę się o tym rozpisywać.

Ważne, że znów mam rację, bo ostatnio zaczęłam już wątpić w moją mądrutkość. Pamiętacie, jak mówiłam, iż wiem, że rzeczy nie mogą się ot tak zmaterializować w miejscach, gdzie wcześniej ich nie było? Okazało się, że była to nie całkiem prawdziwa prawda. Widziałam bowiem, że owszem- część rzeczy do nowego mieszkanka została własnoręcznie wniesiona tam przez rodziców (głównie tatusia) oraz pomagających im bezsierściowców. Wnoszenia reszty nie byłam jednak świadkiem, a wiedząc że rodzice nie robią niczego ważnego beze mnie, nasuwa się jedyny słuszny wniosek- te rzeczy autentycznie zmaterializowały się tam same. To podkopało trochę moją wiarę w wielkość i jasność mego goldenkowego umysłu. Dodajcie do tego jeszcze zdezorientowanie i niepokój spowodowane nastającymi zmianami a dojdziecie do wniosku, że powinnam już popaść w głęboką depresję…

Ale zaraz, zaraz! Jestem przecież dużą i mądrą dziewczynką. Trochę panikuję- owszem. Ale wiem, że rodzice mnie kochają i nie pozwolą, by stało mi się coś złego. Postanowiłam wziąć się w garść i być dalej szczęśliwym pieskiem. Próbowałam z tą garścią cały dzisiejszy poranek, ale moja łapka okazała się zbyt mała, żeby objąć nią całą mą osobę. Okazała się także równie niezdolna do zaciśnięcia w garść chociażby samej siebie. Ugryzłam się więc w kuper i wyruszyłam na wycieczkę po mieszkanku w celu odszukania idealnego dla siebie miejsca. Znalazłam. Potem poszłyśmy z mamą na długi spacer i zauważyłam, że pobliska łąka jest jeszcze bardziej goldenkowa od tej babcinej. Po powrocie zanotowałam jedzonko w mojej miseczce, moje posłanko w całkiem interesującym miejscu mieszkanka (z widokiem na większość domku,  blisko łóżka rodziców, które szybko stało się miejscem również mojego odpoczynku), oraz wszystkie moje ulubione zabawki. Stwierdziłam więc, że czas przestać okazywać moje niezadowolenie ze zmian, bo może nie są one wcale powodem do niezadowolenia?

Powoli wraca mi humor. Zauważyłam też poprawę nastroju mamy, która wcześniej martwiła się moim nastrojem, co z kolei utwierdziło mnie w przekonaniu, że postępuję słusznie. Bo przecież nie lubię, jak rodzice są smutni… Kończę więc tą dzisiejszą opowieść i idę do nich pokazać, że już wszystko w porządku. Bo przecież nawet jeśli wolałabym, żeby to wszystko wyglądało trochę inaczej, to przecież najważniejsze, że jesteśmy razem i możemy na sobie polegać!

Szczeknij do mnie!

Imię (*)
Adres e-mail (nie będzie widoczny) (*)
URL
Treść