Kto daje i odbiera…

Jako, że jestem już dużą dziewczynką i wiem dużo o otaczającym mnie świecie, zdaję sobie sprawę z faktu, że kiedyś będę musiała go opuścić. Myślicie pewnie, że tak jak każdy Golden Retriever, będę chciała znaleźć się w niebie, gdzie będę mogła podgryzać chmurki, hasać z bezsierściowymi i sierściastymi aniołkami, kraść im harfy i robić inne rzeczy, które powinny mi sprawiać radość. Tymczasem nic bardziej mylnego. Ja nie chcę do nieba! Niebo jest be. Niebo daje i odbiera. Niebo zupełnie nie liczy się z pieskami…

Wczoraj było tak cudownie! Od popołudnia niebo siusiało śniegiem, a cudowny wiaterek zawiewał go wszędzie, gdzie zawiać dał radę. Świat szybko się zabielił, a mój kuper zaweselił. Chciałam wyjść z domku już teraz, zaraz, natychmiast, ale moje prośby nie odnosiły zamierzonego skutku przez długi czas. A to za sprawą mylnego pojęcia mamy, że poza domkiem jest wyjątkowo okropnie i paskudnie, a wystawienie nosa poza jego bezpieczne mury z miejsca spowoduje odmrożenie wyżej wymienionego, plus parę złamań spowodowanych spotkaniem z podłożem na skutek śliskości tego ostatniego. Byłam więc zmuszona poczekać do normalnej pory spacerkowej, a dzielący mnie od niej czas postanowiłam spędzić na fochowaniu się na mamę, oraz obserwowaniu świata przez drzwi balkonowe. W końcu doczekałam się i mogłam spędzić naprawdę cudowne chwile wśród białego puchu. Harcom nie było końca. Śnieg oblepił całe me ciałko, wchodził do uszu, nosa, pyszczka, a nawet tam, gdzie wchodzić chyba nie powinien. I nie przeszkadzało mi to absolutnie! Jednak- jak wiadomo- co dobre, szybko się kończy i musiałam wrócić do domku na noc.

Dziś obudziłam się wczesnym rankiem (gdyby nie ten cudowny śnieg, to nikt nie byłby w stanie zrzucić mnie z wyrka przed 10, taka to barbarzyńska pora…) i od razu wzięłam się za budzenie mamy, która też uważała, że to barbarzyńska pora. Dopiero udanie problemów żołądkowych i konieczności jego opróżnienia (eh- ten mój kunszt aktorski) zaskutkowało jej wytoczeniem się spod kołdry i próbami szybkiego ubrania się. Okazało się to jednak bardzo wolne, bo jak wiecie mama nie jest ostatnio w pełni sprawna, ale przecież liczą się chęci… W końcu znalazłyśmy się na dworze. A tam- szok. Po szoknięciu zaczęłam się strasznie denerwować. A potem to już było mi wszystko jedno… Zrezygnowana i smutna tak, że nawet siusiu mi się odechciało– rozejrzałam się dookoła jeszcze raz. I nic. Po wczorajszym śniegu nie został najmniejszy ślad… Niebo zabrało całe swoje śnieżne siuśki z powrotem do góry. I to zupełnie podstępnie, kiedy jeszcze wszystkie Goldenki spały i nie mogły zainterweniować… W związku z tym obraziłam się na niebo. I nie chcę mieć z nim nic wspólnego!!!

Szczeknij do mnie!

Imię (*)
Adres e-mail (nie będzie widoczny) (*)
URL
Treść