Goldenkowe zabawy
Goldenkowe zabawy
Kochani moi!
Jestem bardzo, ogromnie, całkowicie padnięta. Moja mama uznała, że dysplazja dysplazją, ale mięśnie mej pupci (jak powiedziała:”zwłaszcza z uwagi na tą nieszczęsną chorobę”) ćwiczyć trzeba, a same spacery wystarczającym ćwiczeniem nie są. W związku z powyższym, oraz tym, że chyba idzie wiosna (jest cieplej, milej, słoneczko przebija się przez chmurki, ptaki drą ryja) chodzimy na długaśne spacery zakończone beztroskim hasaniem po parku. Mogę biegać ile chcę, gdzie chcę, jak chcę. Szkoda tylko, że nie rzucają mi piłek i kijków, bo to była taka wspaniała zabawa… Ale ponieważ to zbytnio obciążało moje stawy, musiałam wymyślić inne, lżejsze zabawy. I tak na przykład bawię się z psami w „łap patyk„. Polega to na tym, że wkładam kijka do pysia i uciekam, a psiaki mnie gonią, próbując odebrać mi moją zdobycz. Czasem zamieniamy się rolami, ale to tylko wtedy, gdy zapatrzę się na jakiegoś przystojniaka i kijek przypadkiem wyleci mi z paszczęki.
W ten właśnie sposób poznałam nową koleżankę. Jest bardzo radosna, lubi się ze mną bawić, a ja lubię bawić się z nią. Luna, bo tak ma na imię, jest Labradorką. Zupełnie jak Luna cioci Asi. I tak samo jak Luna cioci Asi i jak ja uwielbia patyczki. W ogóle zachowuje się bardzo podobnie do mojej kuzynki, więc żeby chociaż trochę mniej mi się myliły, zaproponowałam, że będę wołać na nią „Luśka”. Luśka rzekła na to radosne „hau”, więc już nie będzie problemu. Jej podobność do Luny przypomniała mi to szaleńcze podgryzanie i szarpanie za uszy, ale z nią nie próbowałam tego robić. W końcu Luśka to starsza ode mnie kobietka, więc tak po prostu nie wypadało. Za to w „łap patyk” bawiłyśmy się do woli.
Kiedy już znudziła nam się ta zabawa, zaproponowałam grę w „gdzie jest patyk?”. Znacie tą zabawę? Jest bardzo prosta. Najpierw trzeba wykopać głęboki dół, a wydobyty piasek użyć do stworzenia barw maskujących na własnym futerku i ubraniu rodzica (górna część rodzica nie jest aż tak potrzebna jak dolna, więc wystarczy odbić na niej parę błotnych łapek). Gdy wszystko jest gotowe robimy tak: wrzucamy kija do powstałej dziury, ustawiamy rodzica tak, by tą dziurę zasłaniał, a sami kładziemy się za jego nogami, w dziurze, na kiju. Wtedy wołamy:”gdzie jest patyk?” i zabawa się zaczyna. Nie wiem tylko, czemu tak szybko go znajdują, bo przecież:
- Nie widać rodzica, bo ma na sobie barwy maskujące. Ja jestem przecież schowana za jego nogami, więc mnie też nie widać.
- Jeśli rodzic jest widzialny, to mnie i tak nie widać, bo też mam to błotko na sobie i zlewam się z podłożem.
- Nawet jak ja jestem jednak widoczna, to i tak nie widać dziury, w której leżę.
- Jeśli nawet widać mnie i widać dziurę, w której leżę, to i tak nie widać patyka, który jest pod moją… pode mną!
A pieski od razu widzą… Przecież to niemożliwe, jeśli grają uczciwie! Skoro jednak jest to możliwe, to znaczy, że oszukują. Muszę spytać tatę gdzie mam to zgłosić, bo pamiętam jak ostatnio mówił, że w jego grze oszuści dostają banana i już nie oszukują, bo nie mogą dalej grać. Tylko czy mi się to opłaci? Ja będę uczciwa i zgłoszę oszustwo, a to oszukaniec dostanie nagrodę. I w dodatku nie będę miała co robić, bo on nie będzie mógł dalej grać, dopóki tej nagrody nie zje… Bez sensu trochę. Chyba jednak będę udawać, że nie wiem o oszustwie (tak jak w przypadku ostatnich świąt, gdy rodzice ściemniali, że to wcale nie są święta…) i będę się bawić dalej.
A skoro jesteśmy przy świętach, to pochwalę się Wam, że już niedługo moje święto. Tata powiedział, że dostanę z tej okazji coś specjalnego. Już nie mogę się doczekać. Co to jest? Dowiemy się wszyscy w środę. A tymczasem zapraszam do galerii, bo udało mi się namówić mamę, żeby wzięła na spacerek aparat!
Szczeknij do mnie!