Szczęśliwy koniec

Przeżyłam! No może jeszcze nie na sto procent, ale tak na trochę mniej. I tata jakoś przeżył. Nawet krewetka ma się całkiem dobrze, jak na ostatnie przejścia. A to wszystko przez głupie zachcianki mamy…

Pamiętacie, jak pisałam, że zachciało się jej nowych mebelków? No i te mebelki tatuś jej kupił. Problem w tym, że mieli je dostarczyć w zeszłym tygodniu, a tu jakieś opóźnienie wyszło i kuper blady- żyjemy sobie w opisywanym przeze mnie wcześniej rozgardiaszu… I nie byłoby w tym nic złego, bo nawet śmiesznie było, jak nie mogliśmy nic znaleźć, a po małym pokoiku można było poruszać się jedynie wąską ścieżką pomiędzy wszystkimi naszymi rzeczami, prowadzącą od wejścia do łóżka. Gdyby nie mama…

Bo musicie wiedzieć, że nigdy nie mamy w domku idealnego porządku. Mamie nie raz nie chce się zmywać czy odkurzać, tata z lubością rozsiewa swoje rzeczy po całym domu. Ja rozmnażam swoje zabawki, znalezione papierki i patyczki przytargane z dworu, a przede wszystkim szybko pozbywam się mego wierzchniego okrycia, bo przecież wiosna idzie, oraz brudku z tegoż okrycia, który się przyczepił podczas spacerku. Do tego wszędzie można znaleźć jakieś ślady krewetkowej bytności w postaci zabawek (z których czasem korzystam, bo są takie przytulaśne i kolorowe), różnych kosmetyków (od których uciekam, bo śmierdzą niemiłosiernie), oraz pewnych bliżej niezidentyfikowanych pakuneczków, które raczej są szybko wyrzucane, ale gdy krewetka płacze- zdarza im się leżeć w różnych dziwnych miejscach. Pakunki te są dla mnie prawdziwą zagadką. Pachną bardzo zachęcająco. Niemniej jednak widziałam, że pochodzą spomiędzy tylnych odnóży krewetkowych, a z doświadczenia wiem, że to co jest pod ogonem nie nadaje się do zabawy. Ale wracając do naszego domku: mamie nie przeszkadza ten nasz bałagan, o ile jest on mniej więcej uprzątnięty, minimum raz na trzy dni. Od dziwnych przemian w domu nie można było nic uprzątnąć, nawet mniej niż więcej, a ponadto minęło od tego czasu znacznie więcej niż trzy dni…

Mama zaczęła szaleć. Jest rozdrażniona i taka jakaś inna. Bezsensownie denerwuje się, że tata nie odkłada nic na swoje miejsce. Tak jakby kiedykolwiek to robił… Poza tym ciężko odłożyć na swoje miejsce coś, co swego miejsca chwilowo nie ma. Złości się na mnie, że niby kręcę się pod nogami… A przecież, tak jak z resztą zawsze, ja tylko grzecznie sobie idę obok niej i patrzę co robi. Bo może właśnie idzie pokroić mięsko na obiad, albo wyciąga coś innego z lodówki? Nawet do krewetki nie ma cierpliwości i do taty właśnie powróconego z pracy mówi, że dobrze, że już jest, bo już miała myśli mordercze. A przecież nie działo się nic innego niż co dzień- krewetka darła ryja jak zwykle i jak zwykle trzeba było przebierać i ją i mamę, bo coś wylatywało z różnych otworów jej ciała. Swoją drogą to też zagadka, jak z tak małego ciałka może tyle wylatywać?

Na szczęście nasza gehenna dobiega końca. Dzwonił dziś mebelkowy pan i powiedział, że jutro będziemy mieli nasze mebelki w domku. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak szybko kobiety zmieniają nastawienie do świata! Od momentu usłyszenia tej wiadomości mama jest uśmiechnięta. Szybko ogarnęła to, co dało się ogarnąć (poszło szybko, bo mało dało się zrobić), pobawiła się ze mną i nie zdenerwowała za przewrócenie jej ulubionego kwiatka. Na rozdarcie ryja po przebudzeniu Hani zareagowała śmiechem, po czym uspokoiła ją śpiewem, zmieniła międzyodnóżowy pakunek, przebrała ją i siebie ze stoickim spokojem, po czym zadokowała ją przy sobie w celu umożliwienia jej wysysania dziwnej cieczy i zasnęła z uśmiechem na ustach. Słowem- ekspresowy powrót do normalności.

Przeżyliśmy…

Szczeknij do mnie!

Imię (*)
Adres e-mail (nie będzie widoczny) (*)
URL
Treść